niedziela, 11 września 2016

Miłość, sztaluga i wentylator (Małgorzata Musierowicz - "Feblik")


Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się mieć książkę w mojej kolekcji na półce i nie wiedzieć, że ona się tam znajduje ;)

Jakiś czas temu przypomniałam sobie o słynnej serii "Jeżycjadzie" i o tym, że niebawem powinna pojawić się kolejna część... a może już się pojawiła... w każdym razie miło byłoby ją jak najprędzej zakupić i ustawić na tej półce, gdzie mieści się pozostałe dwadzieścia tomów, a potem, przy najbliżej okazji ją... zaraz, to ja ją już mam?!

Podejrzewam, że pewnie przekazywana była z rąk do rąk pomiędzy członkami mojej rodziny i jednocześnie fanami (czy raczej fankami) serii, aż ostatecznie pod moją nieobecność wylądowała w moim domu i czekała, aż będę mogła poświęcić jej chwilę. "Jeżycjady", tak jak i dobrej kawy, nigdy nie odmawiam, więc gdy niedawno wypatrzyłam 21. tom serii pt. "Feblik" w mojej biblioteczce, postanowiłam schrupać go od razu.




Muszę powiedzieć, że pogoda dopisała. Akurat w dniu, w którym przeczytałam "Feblika", przyszło lekkie ochłodzenie i obficie padał deszcz - wprost idealna pogoda na "rozgrzewającą" książkę przeznaczoną do czytania najlepiej po kocykiem :) W przypadku tej części, "rozgrzewającą podwójnie", bo oprócz kojarzącego się z rodem Borejków rodzinnego ciepła, natrafiamy również na ekstremalnie upalne sierpniowe dni, hektolitry zimnej wody i ustawione w każdym kącie wentylatory.

Cieszę się, że "Feblik", tak jak pozostałe książki z serii, skrywa wiele życiowych, pokrzepiających i skłaniających do przemyśleń mądrości. Wiele wartych zapamiętania cytatów padło z ust Grzegorza Stryby, co było dla mnie dość niespodziewane, gdyż zwykle odnosiłam wrażenie, że bohater ten trzyma się z boku, a przynajmniej nie pamiętałam, by kiedykolwiek pokazał się z tej "refleksyjnej" strony. Tym razem, podczas rozmowy z Józkiem, sypie mądrościami jak z rękawa:


"I okazuje się nagle, że każdy człowiek jest niezastąpiony. Nawet najmniej ważny, najskromniejszy, najbardziej cichy. Po każdym tworzy się wyrwa, mniejsza lub większa. Tyle miliardów ludzi, popatrz! I wszyscy niezastąpieni. I po każdym zostaje coś nieuchwytnego, ale dziwnie realnego, coś, co należy ponieść dalej."


"Z pewnością sens każdego mijającego życia mierzy się tym, ile ono dobroci po sobie pozostawia. Nawet nie - miłości, bo przecież nie wszyscy umieją ją dawać, z różnych powodów. Zwykłej dobroci. Zwykłego dobra..."


(i mój ulubiony):


"I wiesz, chciałem się cofnąć - do tego znanego punktu, gdzie byłem sam, nieszczęśliwy, ale bezpieczny. Ale wtedy zadzwoniła Gabrysia. I już musiałem się odważyć."





Bardzo cenię tę książkę - i serię - za pokrzepiającą życiową mądrość, ale także za całkiem uroczy humor. Lubię zarówno te drobne, humorystyczne wstawki ("... przyłożył Józinkowi w nos, aż się sangwiniczny kuzyn, he, he, he, zalał krwią") i te pokręcone, tragikomiczne sytuacje, do jakich z pewnością można zaliczyć pewne "nieporozumienie" z matką głównej bohaterki.

A jeżeli chodzi o główną bohaterkę właśnie - Agnieszka wydaje mi się nieco za mało wyrazista, w trakcie czytania miałam nierzadko wrażenie, że tak naprawdę niewiele się o niej wiem. Być może wynika to z tego, że została niejako zepchnięta na drugi plan przez drugiego głównego bohatera, Ignacego. Nie spodziewałam się, że w końcu polubię tę postać. Okazało się, że "roztaczający pawi pióropusz swej erudycji Ignacy Grzegorz Stryba" potrafi być szalony, odważny, stanowczy, a poza tym dzięki tej części odkryłam, że obdarzony jest także sporym poczuciem humoru.

Najważniejsze jednak jest to, że Ida Pałys de domo Borejko jest w rewelacyjnej formie:


"(...) zaczęłam ją wypytywać. Oczywiście nie w sposób, który mogłabyś potępić, Gabuniu. Nie. Okrężną drogą. Jestem w tym bardzo dobra.
- Ten Igor - zagaiłam oględnie - wygląda mi na debila."


A tak poza tym to wszystko po staremu ;) Niezwykły, magiczny, idylliczny, pełen dobroci, miłości i tradycji świat pozostał taki, jakim go zostawiłam, gdy zamknęłam poprzednią część, "Wnuczkę do orzechów".

Ale coraz bardziej zwraca moją uwagę to, jak strasznie jest on nierealny, mimo chociażby wstępowania w książce polskich nazw własnych. Zdumiewa mnie i jednocześnie zachwyca sposób, w jaki członkowie rodu Borejków odpoczywają, co zdaje się chyba świadczyć o pewnej postawie wobec życia. Otóż ciągle wypoczywają w cieniu drzew (najlepiej lipy), tonami pochłaniają lody domowej roboty o przeróżnych, wymyślnych smakach, a przede wszystkim - zupełnie nigdzie im się nigdy nie spieszy, jak mają ochotę pojechać okrężną trasą, zobaczyć obiekt architektury sakralnej lub las, posiedzieć na ławce, zdrzemnąć się, zaczekać, zrobić postój, zostać na chwilę, zatrzymać się - po prostu to robią. Rzadko spotykane zachowania w dzisiejszych czasach, tak mi się wydaje.

Albo tacy ludzie istnieją tylko na kartach książek... albo rzeczywiście muszę się spakować i przenieść do Poznania.







2 komentarze:

  1. Fantastyczne cytaty, bardzo mądre i zastanawiające.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham Jeżycjadę - to całe ciepło z niej płynące, mądre cytaty i wszystkich bohaterów ♡ A na Febliku też się nie zawiodłam! Ania :)

    OdpowiedzUsuń

Szukaj