poniedziałek, 23 maja 2016

"Captain America: Civil War" - czy warto zobaczyć?



A pewnie, że warto.

I tymi słowami mogłabym właściwie zakończyć moją wypowiedź o wrażeniach po obejrzeniu najnowszej części przygód Kapitana Ameryki. Ale myślę, że ten film zasługuje na to, by powiedzieć o nim coś więcej. Poza tym w pewnym sensie jestem straszną gadułą i mam ochotę podzielić się swoją opinią, wrażeniami i luźnymi przemyśleniami.

[SPOILERY] Standardowo ostrzegam przed możliwością zdradzenia szczegółów fabuły i w rezultacie zepsucia zabawy tym, którzy sobie tego nie życzą.


<Źródło>



Ale najpierw...

[Dygresja]

Na początku muszę zaznaczyć, że wypowiadam się jako osoba, która nigdy nie przeczytała żadnego komiksu o superbohaterach. Podejrzewam, że kiedyś zdarzyło mi się przejrzeć jakiś komiks, niemniej jednak takie postacie jak Spider-Man, Batman, Iron Man, Hulk czy Kapitan Ameryka znane mi są jedynie z filmów. Mogę więc o sobie powiedzieć, że jestem raczej fanką "komiksów przeniesionych na duży ekran"/filmowego uniwersum Marvela i DC Comics, a właściwie osobą pretendującą do tego miana.

Szczerze mówiąc nie pamiętam, kiedy zaczęłam się interesować filmami opartymi na komiksach. Wydaje mi się, że pierwszym obejrzanym przeze mnie filmem tego rodzaju była druga część "Spider-Mana" (z Maguirem w roli głównej), potem widziałam część pierwszą, gdzieś w międzyczasie zdarzyło mi się również zobaczyć Christiana Bale'a w roli Batmana. Całkiem niezłe filmy, byłam zwłaszcza pod wrażeniem "Mrocznego Rycerza" (był to pierwszy film z postacią znaną z komiksów, na który wybrałam się do kina), ale to nie od nich zaczęła się moja fascynacja. Myślę, że mniej więcej zbiegła się ona w czasie z tzw. "Pierwszą Fazą" Marvel Cinematic Universe. Pamiętam, że byłam zachwycona pierwszym filmem o Iron Manie, podobał mi się również "Thor" czy "Avengers", a przede wszystkim "Kapitan Ameryka: Pierwsze Starcie". Słyszałam, że właśnie ten ostatni zebrał wiele niepochlebnych opinii. Być może nie był idealny, być może zasługiwał na parę słów krytyki i pewne elementy można by było poprawić. W moim odczuciu jest to jednak całkiem udana produkcja - interesująca, wciągająca, dostarczająca rozrywki i sporej dawki emocji... ale co prawda nie tak dobra jak genialna druga część pt. "Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz", która jak dotąd jest zdecydowanie moim ulubionym filmem, chyba nawet najnowsza, recenzowana tutaj "Wojna bohaterów" nie jest w stanie jej zdetronizować :)

Biorąc pod uwagę wyłącznie bieżący rok, miałam przyjemność zobaczyć dwa filmy z komiksowymi postaciami. Chciałam nawet napisać o nich parę słów na blogu, ale na jeden z nich wybrałam się bardzo późno, dawno po premierze, a w przypadku drugiego... "tak jakoś wyszło". Teraz trochę żałuję, bo był to film, który miał zarówno mocne, jak i słabe strony, momentami wzbudzał kontrowersje i mieszane uczucia. O takich produkcjach zdecydowanie przyjemniej się opowiada, w rezultacie istnieje szansa na ciekawszą recenzję niż w przypadku filmu, który nie ma żadnych niedostatków i można go tylko chwalić, jeżeli nie jest się wymagającym widzem. Film, który mam na myśli, to "Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości". Z tego, co się orientuję, dostał mocno po dupie od krytyków. Jeżeli chodzi o mnie... nie, to nie był wyjątkowo zły film. Bawiłam się na nim dobrze, chociaż może to też po części zasługa dodatkowych efektów specjalnych (wybrałam się po raz pierwszy na seans 4DX, niezapomniane wrażenia podczas scen walki). Podobała mi się klimatyczna muzyka i "mroczne" momenty, poza tym duży plus za nowego odtwórcę roli Batmana, za Wonder Woman i za Alferda, który mógł się częściej pojawiać na ekranie. Jednakże film ten rzeczywiście miał parę słabszych elementów. Chwilami wydawał mi się niespójny, ciężki w odbiorze, taki trochę opanowany przez "fabularny bajzel", chociaż nie jestem pewna, czy to jest wada filmu czy raczej nowe dla mnie doświadczenie :). Ale akcja pt. "Miałem cię zabić, ale skoro twoja matka ma na imię tak samo jak moja, to od teraz jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi" czy też ratowanie Lois Lane trzy albo cztery razy w jednym filmie... Ech. 

Zdecydowanie bardziej podobał mi się ten pierwszy wspomniany wcześniej film, na który wybrałam się sporo po premierze, czyli "Deadpool". Oczywiście "Deadpool" i "Batman..." to dwie mocno różniące się od siebie produkcje, chociażby pod względem klimatu, i nie mogę wrzucać ich do jednego worka i doszukiwać się porównań. Hmm... problemem może być również to, że dzień, w którym postanowiłam wybrać się do kina na "Deadpoola", przypadał na wyjątkowo paskudny okres w moim życiu. Byłam strasznie przygnębiona przez wiele dni, może tygodni... a po seansie nareszcie mi ulżyło, dostałam mocnego, pozytywnego kopa. Tak więc niewątpliwie lecznicze właściwości filmu mogły w zakłócający sposób wpłynąć na moja końcową ocenę, z drugiej strony jednak, pomimo upływu czasu, jestem nadal pod ogromnym wrażeniem dynamicznych, brutalnych scen walki, okraszonych specyficznym humorem (chociaż momentami nieco zbyt mocnym i wulgarnym jak dla mnie, niemniej jednak film był naprawdę świetny).

Wszystko ekstra, ale chyba za bardzo popłynęłam z tą dygresją ;) Myślę, że najwyższy czas przejść do długo oczekiwanego przeze mnie filmu "Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów". Jedziemy.

[Koniec dygresji]

Przed premierą deklarowałam poparcie dla drużyny Steve'a Rogersa [#TeamCap]. Po obejrzeniu filmu nie zmieniłam zdania, aczkolwiek stwierdziłam, że gdybym mogła dokonać drobnej korekty i stworzyć idealny, wymarzony skład, to do grupy Kapitana Ameryki dołączyłabym Black Panther. Jeżeli się nie mylę, był to debiut nowego superbohatera w filmowym uniwersum Marvela, a co więcej, debiut wyjątkowo udany. Black Panther to postać, która w scenach walki kradnie całe show, a bliżej końca filmu nabrałam przekonania, że pod tym imponującym kostiumem kryje się bardzo porządny człowiek. Spotkałam się jednakże z krytyką, która często dotyczyła... jego głosu. Rzeczywiście wypowiada się z charakterystycznym akcentem, ale dla mnie to bez wątpienia zaletą. W każdym razie Black Panther skradł moje serce i z niecierpliwością czekam na premierę filmu, w którym będzie grał pierwsze skrzypce - a z tego, co na razie jest mi wiadomo, muszę czekać aż do lipca 2018 roku.


<Źródło>

Twórcy filmu postanowili również wprowadzić postać w pewnym sensie nową i zarazem starą, mianowicie znanego niemal każdemu komiksowego bohatera Spider-Mana, odegranego jednakże przez innego aktora. Wśród opinii dotyczących "nowego" Spider-Mana dominują głosy zachwytu i podziwu, ja jednak narażę się jego fanom, ponieważ po dwukrotnym obejrzeniu "Wojny Bohaterów" nadal utrzymuję, że ta postać mi tutaj nie pasuje. Owszem, mogę się zgodzić z tym, że Tom Holland stworzył świetną wersję Spider-Mana. Ale niestety nie mogę przekonać się do scen walki na lotnisku z jego udziałem. Właściwie to mogło do nich nie dojść, ponieważ dołączenie do niesamowitego, spektakularnego i legendarnego starcia superbohaterów pokrzyżowałoby mu plany... odrobienia pracy domowej. Wszelkie wstawki ze Spider-Manem wyrażającym dziecinny zachwyt nad członkami jego drużyny oraz przeciwnikami ("Wow, masz metalowe ramię!") najprawdopodobniej miały być elementami humorystycznymi i przełamującym patetyczny nastój bitwy, dla mnie jednak były wyjątkowo irytujące i psujące jedną z najważniejszych, najbardziej oczekiwanych scen. Nie mam nic przeciwko nakręceniu solowego filmu o Spider-Manie z Hollandem w roli głównej, ale wolałabym, żeby w "Wojnie Bohaterów" tej postaci w ogóle nie było.


<Źródło>

Jeżeli już można mówić o jakimś humorze w "Wojnie Bohaterów", to jest on niewątpliwie zasługą sympatycznego duetu Falcon + Bucky. Powiedziałabym, że jest pomiędzy nimi chemia, ale to chyba nie jest najwłaściwsze określenie ;) Ich utarczki słowne są całkiem zabawne i śmieszą jeszcze bardziej wówczas, gdy przypomnę sobie, że często razem udzielają wywiadów i sprawiają wrażenie, jakby bardzo lubili się także poza planem. Bardzo pozytywne wrażenie wywarł na mnie również Ant-Man. Niestety, nie miałam jeszcze okazji zobaczyć solowego filmu poświęconemu temu bohaterowi, i podejrzewam, że powinnam tego żałować i jednocześnie szybko nadrobić zaległości. Myślę, że Ant-Man "uratował" i ocalił honor sceny walki na lotnisku, a także wprowadził nieco subtelnego, uroczego, nieirytującego humoru.

Trochę za bardzo uczepiłam się tego starcia na lotnisku, być może dla tego, że spodziewałam się, iż będzie to najlepsza, najbardziej widowiskowa scena w całym filmie. Nie zawiodła mnie natomiast końcowa walka pomiędzy Iron Manem, Bucky'm i Kapitanem Ameryką. To był chyba najbardziej emocjonujący moment, na równi ze sceną pościgu z udziałem Black Panther. Chociaż i tak, nawiasem mówiąc, jedną z najlepszych scen walki w całej serii przygód Kapitana Ameryki jest dla mnie pojedynek Zimowy Żołnierz vs Kapitan Ameryka (ten, który kończy się odkryciem, kto skrywa się za maską Winter Soldiera). Między innymi dzięki tej scenie uwielbiam drugą część "Kapitana Ameryki", jak i samą postać Zimowego Żołnierza.


<Źródło>

Nie wspomniałam jeszcze o czarnym charakterze Zemo, usilnie próbującym zdobyć informacje o wydarzeniach z 16 grudnia 1991 roku. Niektórzy uważają, że był przeciętny, mdły, mało wyrazisty. Być może coś w tym jest, chociaż podobała mi się jego tajemniczość i to, że udało mu się stworzyć przemyślaną intrygę i sporo namącić bez zbytniego wychylania się :) Bardzo podobało mi się rozwinięcie głównego wątku. Cóż, można było się domyślić, że spór o protokół ograniczający samowolkę bohaterów to tylko wierzchołek góry lodowej, muszę jednak przyznać, że rozwinięcie wątku z tzw. "szwadronem śmierci" było dość ciekawe. Fabuła nie była aż tak zaskakująca, żebym spadła z fotela i wysypała popcorn, ale zarazem nie była zbyt prosta i banalna.

Podsumowując, "Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów", to film, który zdecydowanie warto jest zobaczyć... Nawet parę razy. Jak już wspominałam w poprzednim poście, byłam w kinie dwukrotnie (dwa poniedziałki z rzędu!) i za każdym razem miałam ochotę obejrzeć go po raz kolejny, i kolejny, i kolejny...

"I can do this all day" ;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj