sobota, 26 grudnia 2015

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce... ("Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy")



...


WWWWWWWZZZZZZZZZZZIUUUUUUUUUUUMMM.




Po tym skromnym acz dosadnym wstępie mogę śmiało przejść do podzielenia się moimi wrażeniami z udziału w chyba najważniejszym i najbardziej oczekiwanym kinowym wydarzeniu tego roku. Będzie to - jak to zazwyczaj u mnie bywa - coś w rodzaju krótkiej recenzji, analizy krytycznej i "swobodnej" opowieści.

Nigdy nie uważałam się za fankę Gwiezdnych Wojen. Uważałam się raczej za osobę, która nie do końca rozumie, o co chodzi w tej serii ;) Zdarzyło mi się obejrzeć kilka epizodów, z których najbardziej pamiętam oglądane po wielokroć "Mroczne Widmo", które miałam... na kasecie VHS. Gdyby jednak ktoś poprosił mnie o bogate w szczegóły, wyczerpujące opowieści dotyczące fabuły, to okazałoby się, że poziom trudności tego zadania jest za wysoki dla takiego żółtodzioba jak ja.

W każdym razie - bilet się zakupił na parę dni przed premierą, dlatego nie pozostało mi nic innego jak wyruszyć do kina, zająć miejsce w wygodnym fotelu, założyć okulary 3D na moje okulary korekcyjne i przekonać się, czy "Przebudzenie Mocy" zmieni mój stosunek do tej niewątpliwie kultowej serii i trafi w mój gust.

[SPOILERY!]

Tradycyjnie - odradzam dalsze czytanie tego wpisu tym z Was, którzy jeszcze nie mieli okazji obejrzeć filmu, gdyż zdarza mi się czasem przemycić treści zdradzające fabułę i ewidentnie psujące całą zabawę.


<Źródło>

Muszę przyznać, że mimo lekko sceptycznego nastawienia i niezbyt wielkiej emocjonalnej wartości, jaką ma dla mnie seria, poczułam zaskakujący i nagły przypływ radości na dźwięk charakterystycznej, kultowej muzyki otwierającej film i widok pojawiających się tradycyjnie na początku słów:


A long time ago in a galaxy far, far away...


Całe szczęście, że nie zrezygnowano z zarysowania na wstępie głównych wątków, przynajmniej była dla mnie nadzieja, że nie pogubię się w fabule.

Szukamy Luke'a Skywalkera, dobra, nic więcej na razie nie muszę wiedzieć i póki co nie wymaga się ode mnie przypominania sobie poprzednich części. 

Wybaczcie, ale teraz wkradnie się paskudny spoiler, gdyż chciałabym opowiedzieć o czymś niezrozumiałym i jednocześnie bardzo zabawnym. Luke Skywalker zostaje odnaleziony w samej końcówce filmu. Odgrywający jego rolę Mark Hamill stoi, odwraca się, zdejmuje kaptur (niekoniecznie w tej kolejności), obdarza główną bohaterkę głębokim spojrzeniem, całość zajmuje co najwyżej dwie, trzy minuty. Czego dowiadujemy się na portalu filmweb.pl? W "Ciekawostkach" możemy wyczytać, że wraz z Carrie Fisher na potrzeby roli rozpoczął trening fizyczny i kaskaderski (!) oraz przeszedł na dietę... Trening fizyczny i kaskaderski, dieta, i to wszystko na potrzeby wspomnianej powyżej roli. 

Luke, Leia, Han Solo i nawet ten uroczy futrzak Chewbacca - miło było znów zobaczyć znanych z poprzednich części "starych wyjadaczy" ;)  




Nowi bohaterowie jeszcze nie do końca dorównują starej, doświadczonej ekipie... Ale taki wniosek to zapewne zasługa moich głupich sentymentów. Muszę jednak przyznać, że rozczarowała mnie postać Finna. Zbuntowany szturmowiec, który pomaga jednemu z rebeliantów w ucieczce... Zapowiadał się naprawdę nieźle, ale później okazało się, że musi ustąpić miejsca grającej pierwsze skrzypce Rey. To właśnie ona w czasie trwania akcji filmu stała się najbardziej znaczącą pierwszoplanową postacią, zdolną do posługiwania się mocą i odniesienia zwycięstwa w pojedynku z Kylo Renem...

A właśnie, Kylo Ren. Wydaje mi się, że wzbudził najwięcej kontrowersji. Jednak to, co inni uznają za jego największe wady, ja postrzegam za niewątpliwe mocne strony. Stawiający sobie za niedościgniony wzór do naśladowania Dartha Vadera bohater sprawiał wrażenie bycia zagubionym, rozdartym, niepewnym i łatwo ulegającym emocjom, które rozładowywał robiąc użytek ze swojego odjazdowego miecza świetlnego. Wydawał się być dobrym człowiekiem, chwilowo zafascynowanym ciemną mocą, aż tu nagle spotkał się z ojcem.... i udowodnił, jaki jest nieobliczalny.

...

Lubię cię.

Co do bohaterów z tej złej, ciemnej strony - za mało jednego z moich ulubionych aktorów, Andy'ego Serkisa. Pozostaje jednak liczyć na to, że jego postać będzie odgrywać bardziej istotną rolę w kolejnych częściach serii, a podejrzewam, że będzie. Musi.

Wielu fanów zwraca uwagę na to, że fabuła nie obfituje w zaskoczenia i nagłe zwroty akcji, gdyż stanowi swego rodzaju powtórkę z rozrywki ("skomplikowane relacje rodzinne" i większa wersja Gwiazdy Śmierci do zniszczenia). Jako osoba spoza grona fanów nie wymagałam od głównych wątków zbyt wiele, ale mimo wszystko nie nudziłam się i z zaciekawieniem śledziłam rozwój wydarzeń. 

Podobały mi się niesamowicie efekty specjalne i trzymające w napięciu sceny walki, ucieczki i pościgu (przejażdżka Sokołem Millenium - o tak!), a nawet niewielkie elementy... horroru. Poważnie, gdy Rey zbliżała się do skrzynki skrywającej miecz świetlny Luke'a, kierując się słyszanymi głosami, byłam pewna, że zaraz wyskoczy znienacka jakaś paskudna bestia albo zjawa.

Muszę powiedzieć, że "Przebudzeniem Mocy" jestem zachwycona i w dodatku jestem zaskoczona tym zachwyceniem. Spodziewałam się raczej - w najgorszym wypadku - poczucia zmarnowania ponad dwóch godzin czasu, w najlepszym - reakcji pt. "szału nie było". A mnie się naprawdę podobało.

2 komentarze:

  1. Uwaga spoiler - po wyjściu z kina moje pierwsze słowa "nie wiem jak, ale Han ma żyć w następnej cześci". Lubiłam go :'(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nawet w tym "momencie", którego nie chcę zaspoilerować, nie spodziewałam się, że zginie. Wydawał się być na tyle ważną i lubianą postacią, żeby pojawić się jeszcze w kolejnych epizodach. Szkoda.

      Usuń

Szukaj