sobota, 14 listopada 2015

"SPECTRE" oczami widza niewtajemniczonego


Czy warto wybrać się do kina na "najnowszego Bonda" nie będąc fanem serii? Postaram się pomóc w odpowiedzi na to pytanie dzięki krótkiej, jak na moje możliwości, recenzji. Będzie to nietypowa recenzja z punktu widzenia osoby, która nie wie, o co chodzi w bondowskiej serii i która widziała jak dotąd tylko jeden film z Danielem Craigiem w roli agenta 007 ("Casino Royale", z tego, co pamiętam, bardzo mi się ten film podobał!).

Tradycyjnie włączam [alarm spoilerowy!!!]  Nie wykluczam, że mogę przypadkowo ujawnić kilka najciekawszych momentów i innych elementów istotnych dla fabuły, dlatego odradzam czytanie tego wpisu tym, którzy nie chcą sobie zepsuć zabawy przed obejrzeniem filmu.


<Źródło>
Sam początek filmu - rewelacyjny. Czy to normalne, że po kilku - kilkunastu minutach filmu padają strzały, w wyniku których sporej wielkości budynek obraca się w ruinę? Jeżeli takie mocne wejścia są typowe dla większości filmów z Jamesem Bondem, to chyba rzeczywiście muszę zainteresować się serią.

W dodatku film rozpoczyna się od bardzo klimatycznych akcentów, mianowicie od hucznego świętowania Dnia Zmarłych na ulicach Meksyku. Niezwykle efektowna, zjawiskowa, radosna parada, a także charakterystyczne przebrania jej uczestników (patrz chociażby: drugi plan powyższego plakatu filmowego) robi ogromne wrażenie. Aż smutno się robi, gdy akcja filmu przenosi się w inne miejsca.

Oficjalne rozpoczęcie filmu okraszone utworem muzycznym promującym nowe przygody Bonda poprzedza widowiskowa walka... w helikopterze. Bijatyka w połączeniu z próbą utrzymania machiny lotniczej w powietrzu na oczach przerażonego tłumu uczestników parady to naprawdę dobra, trzymająca w napięciu scena otwierająca film.

Piosenka "Writing's On The Wall" została uznana za niezbyt udaną - a przynajmniej za taką, która wypada dość słabo na tle pozostałych utworów promujących filmy z Jamesem Bondem. Nie jest to dla mnie co prawda drugie "Another Way To Die", ale nie zmienia to faktu, że stanowi godne muzyczne otwarcie i wprowadza całkiem miły nastrój. Sama czołówka... Nie wiem, nie spodobała mi się. Te macki ośmiornicy były dość dziwne, a momentami nawet zabawne - na sali jednak nikt się nie śmiał, więc pewnie w tej czołówce nie było niczego wzbudzającego zaskoczenie czy wesołość.

Zaskoczeniem było natomiast to, że Monica Bellucci pojawiła się na ekranie tylko na chwilę. Wykreowana przez nią postać pochowała męża, przeżyła krótką miłosną przygodę z agentem 007, po czym zniknęła i już się więcej nie pojawiła. Główną postacią kobiecą, tą prawdziwą "dziewczyną Bonda" była dr Madeleine Swann. Wiem, że filmy z Bondem należą do kina sensacyjnego, ale wydawało mi się, że wątek miłosny jest w nich dość istotny. W "Spectre" był raczej rozczarowujący, nawet ten krótki epizod z Monicą Bellucci był ciekawszy niż odrobinę zbyt sztuczna, nieszczera relacja między Bondem i Swann.

Podobała mi się relacja innego rodzaju - ta pomiędzy Bondem a zaopatrującym go w najnowocześniejsze gadżety Q, której efektem były zabawne, błyskotliwe dialogi i jedne z ciekawszych scen w filmie.

Duży plus za subtelny, wyważony, "elegancki" humor sytuacyjny i wywołujące uśmiech na twarzy teksty.

Pościg ulicami Rzymu, szybkie samochody, wybuchowy zegarek, wyścig z czasem, sceny walki w pociągu, swego rodzaju tortury, strzelaniny.... Niby nic odkrywczego, ale trzeba przyznać, że apetyt na dużą dawkę akcji został zaspokojony. Zastanawiały mnie dwie kwestie: jak można zestrzelić helikopter za pomocą pistoletu z dużej odległości płynąc motorówką i jak można wyjść bez szwanku z spektakularnie wysadzonej siedziby organizacji SPECTRE. Nie zrozumiałam również sceny, w której Bond miał zostać pozbawiony zdolności do rozpoznawania twarzy - niby wszystko poszło zgodnie z planem, ale on i tak rozpoznał swoją ukochaną Madeleine. Byłabym wdzięczna za wyjaśnienie również tej kwestii.

Główny wątek ze stojącym na czele tytułowej organizacji czarnym charakterem nie był wyjątkowo zaskakujący i nie obfitował zbytnio w nagłe zwroty akcji, ale uznaję go za w miarę satysfakcjonujący dla takiego widza, jak ja. Tak przy okazji: spodobał mi się sposób, w jaki główny antagonista w pewnym momencie się przedstawia: "the author of all your pain". Nieźle, prawda?

"Spectre" co prawda nie ma szans na zostanie moim ulubionym filmem, niemniej jednak na seansie bawiłam się świetnie, nie nudziłam się wcale, niektóre momenty rzeczywiście trzymały w napięciu i zaspokajały mój apetyt na kino akcji. Uważam, że "nowego Bonda" warto zobaczyć nawet bez wcześniejszego zaznajomienia się z pozostałymi filmami z serii. Polecam, raczej nie pożałujecie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szukaj