poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Przewlekle zdrowym być! - początek


Dziwne. Niby skończyłam już edukację w szkole średniej, niby w październiku po raz pierwszy pójdę na studia, więc tegoroczny wrzesień powinien być dla mnie kolejnym miesiącem wakacji...

A tymczasem dopadła mnie "pierwszowrześniowa chandra" - albo raczej "końcowosierpniowa". Cóż, może jeszcze nie dotarło do mnie, że jutro nie będę musiała w biegu prasować białej koszuli i wywracać domu do góry nogami w poszukiwaniu w miarę eleganckich butów. A może mój lekki spadek zadowolenia z życia nie jest z tym związany...

Mam takie przeczucie, że czas straszliwie przecieka mi przez palce. Kilka miesięcy temu zaplanowałam sobie, że te wakacje spędzę bardzo aktywnie, to znaczy nie będę całymi dniami leżeć na kocyku w ogrodzie i słuchać jak trawa rośnie, lecz postaram się uczyć nowych rzeczy i ogólnie działać. Działać, dużo działać.




I rzeczywiście starałam się dotrzymać słowa. Sprzątanie, gotowanie, pisanie, przepisywanie, tworzenie, czytanie, oglądanie, granie... A mimo to mam wrażenie, że nie udało mi się wykonać mojego planu w 100%, że mogłam "wycisnąć" z siebie jeszcze więcej energii i jeszcze więcej zdziałać. Wydaje mi się, że próbowałam, ale nie zrobiłam wszystkiego, by odhaczyć wszystkie pozycje na liście rzeczy do zrobienia. Gotowałam, ale nie spróbowałam przetestować wszystkich przepisów. Poznawałam nowe filmy, ale nie obejrzałam wszystkich. Tworzyłam, ale nie wytworzyłam :)

Być może miałam za dużo planów, za dużo na taki okres czasu. A może były one po prostu mało sprecyzowane, może nie potrafiłam nad nimi panować i w rezultacie odnoszę wrażenie, że większość z nich wykonałam tylko w pewnym stopniu.

Najbardziej jednak jestem dumna z tego... hmm, nie "dumny" to za mocne słowo... Najbardziej się cieszę z tego, że udało mi się w ogóle zacząć realizację pewnego planu, o którym myślałam już od marca i o którym ostatnio niezbyt chętnie chciałam mówić. Obawiałam się, że za wcześnie się pochwalę i nie wytrwam w postanowieniu. Ale na szczęście udało mi się zrealizować wspomniane postanowienie w co najmniej 70% :D

Otóż postanowiłam zadbać o własne zdrowie. Nie będę się rozpisywać o moich problemach zdrowotnych, wystarczy, że powiem, że postanowiłam prowadzić zdrowy tryb życia, który na pewno nikomu nie zaszkodził, a wielu osobom, nie tylko takim w mojej sytuacji, na pewno pomógł. Plan obejmował poprawę kondycji fizycznej poprzez regularne ćwiczenia i "podjęcie próby zmiany swojej diety" :D. Co prawda nie mam nadwagi, ale przed rozpoczęciem treningów pomyślałam sobie, że byłoby bardzo miło przy okazji nieco wysmuklić sylwetkę i zobaczyć lekki zarys mięśni. Ale głównym celem była poprawa mojej fatalnej kondycji fizycznej i zobaczenie chociaż raz satysfakcjonujących wyników badań krwi ;)



Zadbanie o dietę, o dziwo, okazało się o wiele trudniejsze niż wprowadzenie aktywności fizycznej, chociaż nie ćwiczyłam od baaaardzo dawna. W czerwcu postanowiłam zrezygnować ze słodyczy, słodkich napojów, fast foodów, chipsów, czyli tego wszystkiego, co określa się mianem "niezdrowego jedzenia" i co zawiera zdecydowanie za dużo białego cukru, tłuszczu i chemii. Ten etap mojej diety nie był problemem. Rzeczywiście udało mi się mocno ograniczyć słodycze - to znaczy staram się nie jeść ich w ogóle, ale jeżeli trafia się jakieś spotkanie rodzinne, to zjem mały kawałek ciasta czy lody dla zachowania pozorów, żeby utrzymać moje plany w tajemnicy o ile to możliwe :) W praktyce więc jem coś słodkiego raz na parę tygodni, miesiąc, albo w ogóle, to zależy od sytuacji. Staram się również jeść więcej rzeczy, których dawno nie jadłam, których nigdy nie jadłam lub takich, za którymi wcześniej nie przepadałam. Taki na przykład serek "Bieluch", nawet nie wiedziałam, że to jest takie dobre ;) Albo otręby - przedobre!




Schody zaczęły się wtedy, gdy postanowiłam jeść regularnie, mniej więcej co 3 godziny. Muszę przyznać, że niezwykle trudno było mi zmienić dawne przyzwyczajenia. Kiedy byłam w pierwszej klasie liceum zdarzało mi się czasem zjeść pierwszy posiłek... dopiero po powrocie ze szkoły, około 15-16. Bardzo często "zapominałam" o śniadaniu lub też pozwalałam sobie na mocno niezdrowe i późne drugie śniadanie. W weekendy nie było wcale lepiej - różnica polegała na tym, że weekendowe śniadanie się pojawiało, lecz składało się tylko z kawy. Od czerwca próbuję z tym walczyć. Porządne śniadanie, potem po treningu drugie śniadanie... Jeszcze tylko nie udało mi się zapanować nad drugą częścią dnia. Kiedy jakieś zajęcie wciągnie mnie na dobre, to dopiero po paru godzinach przypominam sobie, że przegapiłam podwieczorek. Kłopoty sprawiło mi również wprowadzenie w życie zasady: "Codziennie pij co najmniej 2 litry wody". Na początku ciężko było mi nawet wymęczyć 1,5-litrową butelkę, nawet wtedy, gdy ćwiczyłam. Ale ostatnio polubiłyśmy się z mineralną :)

Mam nadzieję, że wkrótce wypracuję sobie zdrowe nawyki żywieniowe... Życie studenckie wszystko rozstrzygnie. Kiedy będę sama gotować i robić dla siebie zakupy, to nadal będę starała się zwracać uwagę na to, co jem i na to, co wrzucam do koszyka :)

Co do ćwiczeń... Jeżeli osoba płci żeńskiej i narodowości polskiej podejmuje decyzję o rozpoczęciu ćwiczeń, to najczęściej sięga po treningi z Ewą Chodakowską :D I tak było też w moim przypadku. W czerwcu kupiłam swoją pierwszą płytę z treningiem, co było równoznaczne z porwaniem się z motyką na słońce, ponieważ było to "Turbo wyzwanie" przeznaczone w szczególności dla średniozaawansowanych i zaawansowanych. A nie dla takich żółtodziobów jak ja.





Dnia 22 czerwca, w poniedziałek, odważyłam się wykonać pierwszy trening. Włączyłam płytę i dostałam ataku histerycznego śmiechu, gdy uświadomiłam sobie, co właśnie zamierzam zrobić. Po opanowaniu się przyszedł czas na rozgrzewkę, podczas której myślałam, że wyzionę ducha. A jeżeli chodzi o trening właściwy, tego dnia udało mi się wykonać trzy rundy (na osiem możliwych) w wersji łatwiejszej, dla początkujących. Potem padłam na twarz. Ale wtedy jeszcze nie żałowałam swej decyzji o rozpoczęciu treningów. Chwile zwątpienia nadeszły wraz z kolejnym dniem. Łatwiej było mi się podnieść bezpośrednio po ćwiczeniach niż następnego dnia rano. Nigdy w życiu nie miałam takich zakwasów! Najbardziej ucierpiały łydki, tył ud i pośladki, więc w efekcie nie mogłam chodzić. A jak już musiałam, to robiłam to w sposób wzbudzający powszechną wesołość. Nawet nie mogłam wskoczyć do wanny, by ulżyć sobie w cierpieniu gorącą kąpielą. A przecież nazajutrz zaplanowany był kolejny trening...

Polewanie się naprzemiennie ciepłą i zimną wodą trochę pomogło, na tyle, by następnego dnia troszkę poćwiczyć. Gdy zaczęłam ćwiczyć, ból minął. Ale pojawiła się obawa, że nazajutrz, we czwartek, to doprowadzę się do takiego stanu, że nie wyjdę z łóżka. Na szczęście myliłam się. Kolejny trening wykonałam w piątek. I w następnym tygodniu również ćwiczyłam przez trzy dni - poniedziałek, środa, piątek. Po jakimś czasie - po tygodniu, a może dwóch - udawało mi się wykonać sześć rund, a wkrótce potem całe osiem rund.




W lipcu miałam parę dni przerwy ze względu na mój "urlop". W czasie urlopu kupiłam sobie matę (zdarłam łokcie od robienia planków na dywanie) i kolejną płytę - "Secret". Pomyślałam sobie: "Pilates, pewnie lekkie i niewymagające ćwiczenia, będą idealne na wtorek i czwartek". A gdy nadszedł wtorek i pierwszy trening z nowej płytki, zaczęłam zastanawiać się, dlaczego ktoś stwierdził, że nadaje się on dla początkujących. Mimo że miałam już wtedy za sobą wykonanych kilka "Turbo wyzwań", to "Secret" był w moim odczuciu bardzo wymagający. Okropnie bolały mnie mięśnie brzucha i nie mogłam wykonać wymaganej ilości powtórzeń w przypadku ćwiczeń na inne partie ciała.

Z każdym treningiem jest na szczęście coraz lepiej. Tak samo z "turbo-treningami" - na własne oczy widzę, że nie męczę się już na etapie rozgrzewki, lecz daję radę wykonać osiem rund w wersji dla początkujących z elementami dla zaawansowanych (niektóre ćwiczenia wykonuję w wersji trudniejszej, na razie nie jestem gotowa na wszystkie - to znaczy, moje kolana chyba nie są jeszcze gotowe do tylu podskoków). Więc chyba mogę śmiało stwierdzić, że moja kondycja uległa poprawie, więc mój cel został częściowo osiągnięty. Zdecydowanie lepiej się czuję. I trochę zaczynają być widoczne mięśnie, jak się je mocno napnie :D




Zamierzam nadal ćwiczyć tak jak dotychczas (od poniedziałku do piątku Chodakowska), a gdy już pójdę na studia, to może spróbuję biegania?

Myślę, że gdy powrócę do pełni zdrowia i sił, a do tego nie zrezygnuję z aktywności fizycznej i zdrowego odżywiania, to będzie to moje największe życiowe osiągnięcie.


4 komentarze:

  1. Gratuluję! Jeśli od czerwca tak stanowczo trzymasz się diety i aktywności fizycznej to jest to godne podziwu. Mimo upadków, próbuj się podnosić. Samodyscyplina poprawia nie tylko ciało, ale też umysł :) Jeśli Cię to zmotywuje, to wiedz, że nie jesteś sama ;) Ja też walczę, staram się jeść zdrowo, trochę się ruszać. Nie zawsze wychodzi, ale czasem trzeba sobie wybaczać pewne porażki i wyciągać z nich jakieś nauczki.
    Ja trochę inaczej podchodziłam do kwestii zakwasów - po prostu je kochałam ;) Wiedziałam, że jak boli to znaczy, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Życzę wytrwałości i systematyczności w dążeniu do celu!
    Pozdrawiam :)

    niestworzone-rzeczy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za wsparcie i motywację <3

      Te pierwsze zakwasy jakoś trudno mi było pokochać, ból był niesamowity ;) Ale porządny wycisk to świetna rzecz.

      Usuń
  2. I Ty narzekasz, że czas przecieka Ci przez palce?! No weź się! ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha ha :D

      Takie odniosłam wrażenie, że innym lepiej wychodzi organizacja czasu i działanie... Ale może rzeczywiście... ;)

      Usuń

Szukaj