wtorek, 6 stycznia 2015

"Wnuczka do orzechów"


"Będziesz musiał strzec swojej wewnętrznej wolności, nie pozwól jej sobie zabrać. A już zwłaszcza uważaj, gdy ktoś ci każe nienawidzić - jakiegoś człowieka lub sprawy. Właśnie po tym poznasz, że ten ktoś chce cię zniewolić."


***


W związku z tym, że aktualnie uczęszczam do klasy maturalnej, ciągle narzekam na brak czasu, aby przeczytać coś ciekawego, obejrzeć interesujący film bądź nadrobić muzyczne zaległości, nad czym ogromnie ubolewam. Nawet lubię czytać i od paru miesięcy czytam sporo - sęk w tym, że obecnie są to książki zawierające słowo "chemia" lub "biologia" w nazwie, które wykazują działanie silnie usypiające i które z powodzeniem można stosować zamiast emetyków.

Są jednak takie lektury, które muszę przeczytać, choćbym miała miliard innych ważniejszych spraw na głowie. Ostatnio na jednej z moich półek pojawiła się pewna niepozorna książka. Tuż przed świętami patrzyłam się na jej grzbiet i czułam się jak Tantal stojący po szyję w wodzie. Obiecałam sobie, że gdy intensywny przedświąteczny okres się skończy, to ją przeczytam.

I tak też zrobiłam. I zamierzam podzielić się moimi wrażeniami i odczuciami. Nie będzie to jednak typowa recenzja - owa książka wchodzi w skład serii, do której mam ogromny sentyment, i nie potrafiłabym powiedzieć o niej złego słowa, choćby była największym gniotem jaki widział świat. Hmmm... może trochę przesadziłam. Ale moja pseudorecenzja będzie raczej obfitowała w zachwyty i pochwały niż krytyczne opinie.

W każdym razie, jeżeli macie w planach przeczytanie tej książki i nie chcecie przedtem znać zarysu fabuły, to lepiej pomińcie ten post :)


<Źródło>

Najpierw może wyjaśnię pokrótce, dlaczego "Jeżycjada" - cykl powieści Małgorzaty Musierowicz, w skład której wchodzi "Wnuczka do orzechów" - stanowi dla mnie zbiór książek zajmujących szczególne, wyjątkowe miejsce na mojej półce.

Otóż jest to seria czytana przez pokolenia: babcie, ciocie, matki, córki, wnuczki... Ja zaczęłam swoją przygodę z "Jeżycjadą" dzięki mojej cioci, która zapoznała mnie z serią. Tradycyjnie nie zaczęłam od pierwszej części, lecz od "Idy sierpniowej", a był to tom... hmm... czwarty? Tak, czwarty.

Moja "Ida sierpniowa" - stara, lekko zniszczona książka, z niezbyt atrakcyjną okładką (w porównaniu do nowszych wydań) i pożółkłymi kartkami. Wydana w roku... 1988. Pachnie wiekową, zakurzoną biblioteką pełną wiekowych, zakurzonych książek z wiekowymi, zakurzonymi okładkami i stronami. Już samo to pachnie sentymentem.

Z tego, co pamiętam, "Idę sierpniową" zaczęłam czytać... właśnie, kiedy? ... Byłam chyba w czwartej klasie podstawówki. Wiosna, rok 2007. Leżałam na leżaku w ogrodzie przed domem mojej cioci. Symulowałam bóle brzucha, bo bałam się iść do szkoły. "Ida sierpniowa" - najlepsze remedium.

Od tej pory minęło ponad siedem lat, "Jeżycjada" rozrosła się do dwudziestu tomów. Przeczytałam wszystkie z ogromną przyjemnością. 

Nie są to książki bardzo ambitne, szokujące, zmuszające do poważnych refleksji. Nie są to wybitne arcydzieła zaliczane do absolutnej klasyki ani napompowane patosem balony. Są natomiast lekkie, przyjemne, łatwe w odbiorze, pisane prostym językiem, choć jednocześnie dość kwiecistym i obrazowym, zwłaszcza jeżeli chodzi o opisy przyrody. Ale przede wszystkim są to książki, w których ukryty jest piękny, magiczny świat, pełen miłości, dobra i rodzinnego ciepła, a przede wszystkim zapewniający bezpieczeństwo i spokój. Kiedy sięga się jedną z nich i zaczyna czytać, to wówczas jakimś dziwnym sposobem przenosi się do czasów dzieciństwa, kojarzącego się z beztroską, radością i wszystkim, co najlepsze... Otwieram książkę... i nagle nie wiadomo skąd unosi się zapach domowego rosołu, gorącej herbaty z cytryną i białego, wykrochmalonego, nienagannie wyprasowanego obrusu. I za to kocham "Jeżycjadę".

Po tym obszernym wstępie mogę śmiało przejść do "Wnuczki do orzechów".




Muszę przyznać, że trochę obawiałam się spotkania z 20. tomem serii. Przedostatnią "McDusię" czytałam względnie dawno i istniało realne ryzyko, że zapomniałam, co się w niej wydarzyło. I do tego bohaterowie! Jest ich mnóstwo. Obawiałam się, że zapomniałam, kto jest kim. Na szczęście bardzo szybko autorka wprowadziła znaną mi bohaterkę, jedną z moich ulubionych zresztą. Mowa tu o wspomnianej już poniekąd Idzie - wyrazistej, oryginalnej, wybuchowej, pełnej temperamentu, spontanicznej, upartej wariatce :D Moje zupełne przeciwieństwo, pewnie dla tego ją lubię.

Główną bohaterką jest natomiast Dorota Rumianek, tytułowa "wnuczka do orzechów". Właśnie, skąd tytuł? Zanim sięgnęłam po książkę, próbowałam przypomnieć sobie bohaterów pozostałych 19 tomów, być może tytuł odnosił się do któregoś z nich. Ale nie. Dorota to nowa postać.

Nowe jest również miejsce akcji. Zamiast w Poznaniu, lądujemy na wsi, z dala od miejskiego zgiełku. Mało tego! W tej wsi nawet zasięgu nie ma, i aby zadzwonić, trzeba się udać na wzgórze. W dodatku można tu zjeść świeży, "prawdziwy" chleb z masłem, drylować wiśnie, wybrać się na przejażdżkę bryczką i wypić od czasu do czasu nalewkę z orzechów. I tu kwestia tytułu się wyjaśnia - Dorotka skakała ze zwinnością wiewiórki po drzewie i zbierała orzechy, a jej babcie przygotowywały z nich nalewkę. "Prawdziwa wnuczka do orzechów!".




"Wnuczka do orzechów" to wyjątkowa książka. Specyficzna, być może nie każdemu przypadnie do gustu. Ja darzę ją ogromnym sentymentem. Być może wynika to z tej mojej dziwnej tęsknoty za starym, dobrym, pięknym, magicznym światem. Bardzo uspokaja mnie myśl, że ten świat istnieje, chociaż tylko w książkach. Ale jest, i zawsze mogę do niego wrócić, a on będzie na mnie czekał.

Podsumowując, zawsze jest dobry moment, by powrócić do ciepłego, rodzinnego, pięknego, wzruszającego, magicznego świata "Jeżycjady". Szczególnie teraz, kiedy za oknem pada śnieg, warto otulić się puszystym kocem i czytać "Wnuczkę do orzechów", pijąc przy tym gorącą herbatę. Urocza książka, która dla mnie ma upajający zapach dojrzewających w letnim słońcu wiśni.


4 komentarze:

  1. Ala narobiłaś mi smaka na Musierowicz. Pamiętam, że strasznie podobało mi się "Opium w rosole". Już wiem, co będę czytała, gdy dokończę 7 zaczętych książek ;P Ach... czasy dzieciństwa. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, "Opium..." było wspaniałe, nawet w gimnazjum omawialiśmy na lekcjach :) Jedna z niewielu gimnazjalnych lektur, które mi się podobały ;)

      Usuń
  2. Jejku tak pięknie opisałaś tą ksiażkę że aż po nią sięgne, a że jeszcze nie czytałam żadnych ksiązek(chyba) pisaną przez Musierowicz to już koniecznie muszę się za nią zabrać.
    Obawiam się tylko tych bohaterów, bo przeważnie szybko zapominam książkowe imiona ale może dam radę ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę :) Każdą książkę wchodzącą w skład serii polecam z całego serca. Teoretycznie są to książki dla dziewczyn, w każdej pojawia się jakiś ciekawy wątek miłosny... ale mimo to nawet chłopakom się podobają! Naprawdę, mój kolega był swego czasu zachwycony omawianym na lekcjach "Opium w rosole" :D

      Bohaterów jest od groma, ale jakoś da się połapać. Minęło sporo czasu od przeczytania przeze mnie przedostatniej książki i całej reszty, a jednak jakoś dawałam sobie radę. Wystarczy zapamiętać siostry Borejko (Gabrysię, Idę, Natalię i Patrycję), co nie jest rzeczą trudną, a potem leci już z górki :D

      Usuń

Szukaj