niedziela, 30 kwietnia 2017

O feminizmie słów kilka, czyli międzyblogowe rozmowy


Ostatnio coraz więcej słyszy się o feminizmie. Mimo że zewsząd zalewani jesteśmy feministycznymi poglądami, to czasem nie możemy wyzbyć się wrażenia, że płynące z mediów informacje sieją zamęt w naszych głowach i już sami nie wiemy, o co w tym całym feminizmie chodzi. Razem z Anią z bloga Melancholic Sloth postanowiłyśmy poruszyć ten niełatwy i niewygodny dla niektórych temat i spróbować rozstrzygnąć, kim są te „straszne” feministki ;)




Ania: Skoro nasza rozmowa ma być o feminizmie w dzisiejszych czasach, zacznę z grubej rury ;) Czy określasz się jako feministka?

Dominika: Odpowiem jak typowy kandydat na przyszłego psychologa: "To zależy" ;) A zależy to od tego, jak w naszej rozmowie zdefiniujemy feminizm. Wydaje mi się, że wokół feminizmu ciągle niestety krążą negatywne, oparte na stereotypach opinie. Zanim więc odpowiem na Twoje pytanie - spotkałaś się z jakimiś krzywdzącymi, niepochlebnymi poglądami dotyczącymi feminizmu?

Ania: Rozumiem feminizm taki jakim jest naprawdę, a o jego wypaczeniach, zmierzających raczej w kierunku szowinizmu jeszcze porozmawiamy ;) Koleżanka Wikipedia prawi tak: "Feminizm (łac. femina ‘kobieta’) – ideologia, kierunek polityczny i ruch społeczny związany z równouprawnieniem kobiet." Rozumiem go właśnie w tej formie i dlatego w pełni za feministkę się uznaję. Powiem jednak, że całkiem niedawno terminu tego nie rozumiałam i wydaje mi się że właśnie z tego niezrozumienia wynika większość negatywnych opinii (odpowiadając Ci, tak spotkałam się) o feminizmie.

Dominika: Zwróciłaś uwagę na bardzo ważną rzecz - nie wystarczy znajomość "suchej" definicji, ale też w pełni świadome zrozumienie. Dlatego właśnie nawiązałam do stereotypowych opinii. Wydaje mi się, że negatywne emocje i kontrowersje wokół feminizmu wynikają z niezrozumienia tego terminu, czy też może raczej braku dobrej woli, by dowiedzieć się, co się za tym pojęciem kryje. Wciąż jeszcze niestety słyszy się opinie, że feminizm to atak wymierzony w cały rodzaj męski, albo i też dążenie do wyzbycia się kobiecości przez przedstawicielki naszej płci. O skandalicznych i obraźliwych komentarzach dotyczących urody feministek wolę nie wspominać.

Ania: Czyli wnioskuje że raczej jesteś feministką :P Ale uwierz - gdyby ktoś pięć lat temu zapytał mnie czy jestem feministką, powiedziałbym, że nie! Musiałam dopiero poznać sam termin, jego rodowód, sens.. Dużo kobiet odcina się od feminizmu. Zapominają, że gdyby nie jego walczące przedstawicielki kilkadziesiąt lat temu, Nie miały by prawa do pracy, godziwych zarobków, głosu wyborczego, możliwości studiowania, osobowości prawnej itd. Nie warto odcinać się od tego pojęcia, a te odcinające się Panie uświadamiać i jeszcze raz uświadamiać!


Dominika: Jeszcze przez krótką chwilę powstrzymam się od oficjalnej, bezpośredniej deklaracji ;) Pojawił się w naszej rozmowie ciekawy wątek - feminizm kiedyś i feminizm dziś. Gdybym miała opierać się na takiej klasycznej, wspomnianej przez Ciebie wcześniej definicji feminizmu i gdybym przypomniała sobie sytuację kobiet w nie tak bardzo dawnych czasach oraz osiągnięcia i zmiany, które tym niezwykle silnym, odważnym, zdeterminowanym kobietom udało się na przestrzeni lat wywalczyć, to bez wahania odpowiedziałabym, że jestem stuprocentową feministką, z szacunku i wdzięczności za możliwości, które teraz mam – o, chociażby takiego studiowania na uczelni wyższej, co kiedyś dla kobiet nie było osiągalne. A gdybym miała Ci odpowiedzieć, czy jestem współczesną feministką, której rola, znaczenie i charakter problemów, z jakimi musi się mierzyć, są inne niż dawniej.... to tak, potwierdzam, jestem feministką ;) 

Nieco okrężną drogą dotarłyśmy w końcu do etapu oficjalnych deklaracji. Pora więc na moją definicję feminizmu, feminizmu naszych czasów. Dla mnie feminizm przede wszystkim wiąże się z wolnością, rozumianą jako możliwość decydowania o sobie. Jestem feministką, a więc jestem świadomą, wolną kobietą, mogącą w pełni decydować o sobie, o swoim życiu. Wydaje mi się, że wyzwaniem dla dzisiejszych feministek jest... jakby to powiedzieć... swego rodzaju zniewolenie przez panujące powszechnie normy społeczne i inne niepisane reguły. Do głowy przychodzi mi wywieranie presji na kobiety, aby ich życie toczyło się zgodnie z narzuconym planem, w którym koniecznie trzeba uwzględnić macierzyństwo, w odpowiednim do tego wieku, bo zegar biologiczny tyka! ;) Jeżeli więc jestem feministką - to znaczy że jestem wolna od takich społecznych nakazów, to znaczy że sama kształtuję swoje życie, sama podejmuję świadome decyzje.

Ania: To co napisałaś, jest oddaniem moich myśli. Niektóre z kobiet swój antyfeminizm w ten sposób argumentują: 100 lat temu byłabym feministką, ale teraz to już nie ma sensu. Dla mnie to głupia postawa. Jeśli byłaś feministką, to nią zostajesz. Tu przecież chodzi tylko o równouprawnienie. Heloł - feminizm nie gryzie. Xd I tak - w Polsce, w Europie, nie musimy już walczyć o tak oczywiste rzeczy jak edukacja, czy prawo wyborcze (swoją drogą Polska dała swoim obywatelkom głos jako jedna z pierwszych < 3). Ale już przypadki firm w których mamy do czynienia z nierównymi pensjami istnieją. Rozmawiałam z Panią, która pracowała przy taśmie produkcyjnej. Tam to jest na porządku dziennym.

Dominika: Aż mi się przypomniał krążący gdzieś w sieci mem szydzący z kobiet walczących współcześnie o swoje prawa - "bo kobiety przecież mają prawa, czego one jeszcze chcą, hehehe." Boki zrywać ze śmiechu. Wspomniane przez Ciebie dysproporcje w wynagrodzeniach to realny problem, i to nie gdzieś w odległej galaktyce, ale tu, w Polsce, w Europie. Problemem są jeszcze inne przejawy seksizmu, które pewnie gdzieś się jeszcze w naszej rozmowie pojawią.

Ania: To o czym mówisz - uwolnienie się od narzuconych schematów to również kluczowa sprawa! I tutaj mam na myśli nie tylko kobiety, ale i mężczyzn! Jeszcze raz powtarzam - jestem za równością, nie dominacją jednej płci!


Dominika: Cieszę się, że wspominasz o odróżnieniu równości od dominacji. Warto podkreślić, że feministki nie domagają się uzyskania większych praw kosztem mężczyzn, pozbawienia ich tych wszystkich wynagrodzeń i miejsc pracy. Feminizm nie jest również atakiem wymierzonym w kobiety pracujące w domu i zajmujące się dziećmi. Chcesz "robić karierę" - rób, naprawdę nie ma w tym przypadku znaczenia to, czy jesteś kobietą, czy mężczyzną. Chcesz założyć rodzinę i zajmować się dziećmi, zajmuj się. Chcesz sprzątać i gotować - jeżeli sprawia ci to radość, jeżeli lubisz to robić, to droga wolna. Znam kobiety, które uwielbiają przygotowywać ulubione dania dla całej rodziny, ale również znam mężczyzn, którzy czerpią radość z gotowania dla bliskich. To, że jesteś kobietą lub mężczyzną, nie oznacza, że jesteś skazana bądź skazany na narzuconą z góry rolę, lecz że masz takie samo prawo do decydowania o swoim życiu, jak i przedstawiciele płci przeciwnej.

Ania: Ja na przykład bardzo lubię mężczyzn. xd W sensie uważam że bez nich byłoby bez sensu. Świetnie pokazał to film Seksmisja, który niektórzy uważają za przejaw szowinizmu. Dla mnie to natomiast mega zabawny, ironiczny film, pokazujący, że obie płcie, cholera, są potrzebne. Ja natomiast rzeknę jeszcze coś o tym, o czym fajnie pisze autorka bloga Jaskółczarnia (mega wszystkim polecam). Mamy (wciąż!) silnie narzucone wzorce płciowe. Widzę to na co dzień, widzę to w mojej rodzinie, nawet najbliższej. Niestety. Widzimy to też w polityce (szanowny pan Korwin- Mikke jako skrajny przypadek szowinizmu). On widzi kobietę w kuchni, a mężczyznę w pracy. A czy sytuacja może być odwrotna? Jeżeli to decyzja partnerska, to czemu nie. Wyjdźmy ze schematów! Oczywiście kto chce, niech nie wychodzi, tak jak mówiłaś.

Opowiem jeszcze coś. Mój wujek boi się jeździć samochodem. Zrobił w młodości prawo jazdy, ma papierek, ale zwyczajnie boi się tego robić. Ileż razy słyszał od otoczenia komentarze typu "Nie głupio Ci? Kobieta za Ciebie musi jeździć? KOBIETA?". To jest to - narzucanie określonej roli. Przecież to mężczyzna! Musi jeździć samochodem! Nawet jeżeli powodowałby tym samym wypadki na drogach. To jest właśnie bezmyślne. Tak samo jak "Nie płacz! Zachowuj się jak mężczyzna!". To działa w obie strony.

Dominika: Wiesz co... Mam takie wrażenie, że zrodziła nam się tu piękna koncepcja feminizmu - feminizmu, który dba o nas wszystkich, i o kobiety, i o mężczyzn ;) Wydaje się to oczywiste i banalne, ale rzadko się na to zwraca uwagę, rzadko dokonuje się głębszej analizy pojęcia "równość".


Ania: Właśnie chciałam poruszyć sprawę dyskryminacji mężczyzn również, jednocześnie tworząc oryginalną dyskusję. O tym mało się mówi, a problem też istnieje. Natomiast może poruszmy jeszcze temat wypaczenia feminizmu. Pamiętasz, wysyłałam Ci filmik ze sławetnym "6 stycznia miałam aborcję"? Niestety, gdy przeciętny Janusz myśli "feministka" widzi przed oczyma takie osoby...

Dominika: Dokładnie tak, przeciętnej, niezbyt wnikliwej osobie wystarczy kilka minut medialnego występu, aby stworzyć sobie w głowie obraz feminizmu i zgeneralizować go na wszystkie kobiety określające się mianem feministek. Problemem jest to, że niestety nie każdy decyduje się podjąć wysiłek, by dowiedzieć się czegoś więcej o feminizmie, aby zgłębić temat, zastanowić się parę razy zanim zacznie się rozpowszechniać nieprawdziwe informacje dotyczące celów i założeń feminizmu. Ale na to chyba nie mamy zbyt wielkiego wpływu…

Ech, wolałabym zakończyć naszą rozmowę bardziej pozytywnym i optymistycznym akcentem. To może na zakończenie skierujmy uwagę na książki, filmy i inne środki, dzięki którym idee feministyczne mogą dotrzeć do szerszego grona odbiorców. Jakieś pomysły? ;)

Ania: Ja chciałam polecić przede wszystkim blogi, prowadzone przez feministki i feministów. Pierwszy z nich to wspomniana już Jaskółczarnia. Blog ten jest stricte o kobietach. Reszta natomiast to blogi różnego rodzaju - głównie lifestylowe, tworzone w prawdziwie błogim, feministycznym duchu. Są to: Riennahera, Stay Fly, blog Pawła Opydo i Szafa Sztywniary.

Co do książek i filmów, myślę, że świetnie obrazujące emancypację kobiet są Służące. Polecam też film Jentl, gdzie kobieta przebiera się za mężczyznę, by móc podjąć naukę na uniwersytecie. Warto obejrzeć też Casanowę - tam mamy do czynienia z humorystycznie przedstawionymi wątkami feminizmu. I jeszcze jedno: czy Pocahontas była feministką? Moim zdaniem tak. Chyba pierwszą wśród księżniczek ;)

Dominika: Nie zapominaj o czołowej disneyowskiej feministce Mulan! :D


czwartek, 5 stycznia 2017

Starłorsy ("Łotr 1. Gwiezdne Wojny - historie")


Odkąd na moim blogu zaczęły pojawiać się bardzo entuzjastyczne, pozytywne "recenzje" filmowe, zaczęłam po cichu życzyć sobie, żebym trafiła tak dla odmiany na jakiś beznadziejny, żenująco denny film, który mogłabym bez litości skrytykować, ośmieszyć, wyszydzić i zmiażdżyć.

...

Znowu mi się nie udało.

<Źródło>

Tak naprawdę nie planowałam z wyprzedzeniem wybrania się na ten film, nie widziałam przed seansem ani jednej zapowiedzi, udało mi się w efekcie uniknąć także jakichkolwiek spoilerów. Na salę kinową weszłam bez uprzedniego pozytywnego nastawienia, bez żadnych oczekiwań, nadziei, wobec tego nawet gdyby twórcy uraczyli mnie przeciętnym lub nawet słabym filmem, to nie miałabym poczucia, że coś straciłam, że zmarnowałam swój czas... Po prostu liczyłam na odrobinę rozrywki i spędzenie świątecznego dnia w inny sposób niż zwykle. A tymczasem okazało się, że film bardzo przypadł mi do gustu, powiedziałabym nawet, że plasuje się w moim rankingu tuż za częściami 4-6 (tą "starszą trylogią"), a gdyby jeszcze tak całkowicie opadła mgła sentymentu, to może nawet zająłby wyższą pozycję.

Ale do rzeczy.

Pierwsze parę minut filmu i od razu Mads Mikkelsen, no moi drodzy twórcy, rozpieszczacie mnie ;) Szkoda tylko, że jego rola nie została bardziej rozbudowana i nie miałam zbyt wielu okazji, by jak zahipnotyzowana patrzeć na jego mistrzowskie aktorstwo.

I'm one with the force the force is with me I'm one with the force the force is with me I'm one with the force the force is with me I'm one with the force the force is with me I'm one with the force the force is with me I'm one with the force the force is with me I'm one with the force the force is with me I'm one with the force the force is with me... <źródło>

Właściwie to w odniesieniu do niejednej drugoplanowej postaci mogłabym powiedzieć, że mam lekki niedosyt i chciałabym dowiedzieć się o niej nieco więcej. Ale to bardzo dobrze! Niedosyt widza to genialny powód, by dokręcić kolejne filmy, nieprawdaż? Chętnie poznałabym historię powstania niesamowitego, wzbudzającego podziw i sympatię duetu Chirrut + Baze. Miałabym również wielką ochotę na przybliżenie na ekranie postaci Sawa Gerrery...

Bo Saw Gerrera to, w moim odczuciu, największe rozczarowanie w całym filmie! ;) Wyjaśnienie: Początkowo jawi się jako pozytywna postać, która najpewniej będzie służyć słusznej sprawie i wspierać poczynania głównych bohaterów. Ale wkrótce okazuje się, że Saw ma swoje za uszami i na pewno nie można uznać go za krystalicznego bohatera. W tym momencie, jak sądzę, Saw rozbudza naszą ciekawość, możliwe, że paradoksalnie zaczynamy go lubić coraz bardziej, zapewne jesteśmy też pod wrażeniem jego prezencji. Później następuje konfrontacja z główną bohaterką i festiwal wylewania żalów i wypominania niewyjaśnionych spraw, w którym nie za bardzo wiadomo, o co chodzi. Saw z jednej strony sprawia wrażenie dobrego wujka, ale jednocześnie mamy ciągle z tyłu głowy jego prowadzoną na własną rękę działalność rebeliancką... No, no, zaczyna się robić coraz bardziej intrygująco, ciekawe, jak się rozwinie jego wątek... Po czyjej stanie stronie, czy wesprze działania głównej bohaterki? A... skąd. Nic z tego. Z niedowierzaniem patrzyłam, jak twórcy pozbawiają mnie złudzeń, że Saw będzie miał jeszcze jakikolwiek wpływ na dalsze losy pozostałych bohaterów.

Dziękuję, dobranoc.   <źródło>

Dobra, teraz to ja zaczynam gorzkie żale. Ale na tym właśnie polega największy problem tego filmu - jak już jakaś postać przypadnie do gustu, jak już się zdąży kogoś polubić, jak się do kogoś przywiąże, to po seansie ciężko jest się pozbierać. Kończąc już kwestię Sawa Gerrery - czy ktoś mógłby mi wyjaśnić działanie niekonwencjonalnych metod weryfikacji prawdziwości zeznań, zastosowanych wobec Bodhiego? Zdawało mi się, że groziło mu odebranie rozumu, chyba że pamięć mnie myli. Tymczasem szybko doszedł do siebie i wkrótce popisał się szerokim wachlarzem umiejętności doświadczonego, zdolnego pilota. Aż mi się usta wykrzywiają w głupim półuśmiechu, bo przypomniała mi się scena (chyba) nieudanego torturowania agenta 007 przez architekta jego cierpienia z ostatniego filmu o Bondzie. Ale wydaje mi się raczej, że po prostu nie wychwyciłam wyjaśnienia nurtującej mnie kwestii, więc dam sobie z tym spokój ;)

October, how could you? <źródło>

Zapomniałabym jeszcze o głównej bohaterce, Jyn Erso. Trudno powstrzymać się od porównań z "Przebudzeniem mocy", ponieważ w obu filmach postawiono na silną kobiecą postać grającą pierwsze skrzypce. Osobiście wolałabym dołączyć do #TeamJyn. Erso podobała mi się bardziej, mam na myśli nie tylko jej wygląd, ale również wyrazisty charakter, siłę, odwagę i buntowniczość ;) Nawiasem mówiąc, dopiero parę dni po seansie dowiedziałam się, że w rolę Jyn wcieliła się Felicity Jones i uświadomiłam sobie, że przecież widziałam ją w "Teorii wszystkiego", a mimo to nie udało mi się jej rozpoznać na ekranie :D

I'm impressed. <źródło>

Zapewne nikomu nie wyda się zaskakujące, że widzowie mogą liczyć na niesamowite efekty specjalne i wbijające w fotel sceny batalistyczne. Ostateczne starcie na Scarif wyglądało naprawdę imponująco, chociaż napełniło mnie jakimś takim dziwnym smutkiem. Słońce, woda, piasek, tropiki - to mogłoby być idealne miejsce na wakacje, a nie tragiczne w skutkach walki.  Ale filmowcy nie pozwolili widzom zbyt długo rozpaczać, bo zaserwowali widzom niezapomnianą scenę z Vaderem, po prostu złoto, cudo, wisienka na tym przepysznym torcie.

Tak więc zupełnie niespodziewanie trafiłam na zaskakująco dobry film. Na zakończenie dodam, że cały 2017 rok zapowiada się wyjątkowo smakowicie. Już można ostrzyć sobie ząbki na ósmą część, zapowiadaną na grudzień. W tym roku koniecznie wybiorę się na wyczekiwaną przeze mnie z niecierpliwością drugą część "Strażników Galaktyki". O, a od jutra można już wybierać się na premierowe seanse "Assassin's Creed". To będzie dobry rok.


poniedziałek, 2 stycznia 2017

2017


W ostatnim czasie wiele osób zaczęło z nadzieją patrzeć w przyszłość i z hasłem "Nowy Rok = nowy ja" na ustach wkraczać w kolejny okres dwunastu miesięcy.

Tymczasem ja - z wcale nie takim lekkim rozbawieniem - przeglądam post, który napisałam dokładnie rok temu i uświadamiam sobie, że u mnie nic się nie zmieniło. Tak, jak w zeszłym roku narzekałam na moje późne chodzenie spać i zastanawianie się, dlaczego właściwie sobie to robię, tak i teraz próbuję dociec, dlaczego się tak nie szanuję i wskakuję do łóżka o niezbyt odpowiedniej porze, a rano nie mam nawet siły, żeby się podpiąć pod źródło mocnej kawy. Wszystko po staremu.



Bez większych zmian pozostaje również kwestia moich noworocznych postanowień. Ciągle mam w głowie moje długoterminowe przyrzeczenie, mój beznadziejnie banalny i jednocześnie niełatwy do spełnienia plan na życie:

"Chciałabym w nadchodzącym roku, tak jak i w poprzednim, nieustannie dążyć do tego, by z każdym dniem stawać się lepszym człowiekiem i lepszą wersją siebie."

Kolejny rok będzie upływał mi więc pod hasłem "Pracujemy nad tym" ;)

Chcę więcej, chcę lepiej, chcę bardziej, chcę mocniej... Hmm, no może niekoniecznie we wszystkich sferach życia, w pewnych przydałoby się nieco spokoju i stabilizacji, bo idzie zwariować :D Ale bardzo chciałabym dążyć (dążyć, nie osiągnąć!) do doskonałości, nie stać zbyt długo w jednym miejscu, a jak mi się zdarzy zrobić krok w tył, to wtedy jak najszybciej nadrobić dwa do przodu.

A poza tym... Czasami, gdy czytam moje stare posty, nie mogę się powstrzymać od zadania pytania: "KTO TO W OGÓLE PISAŁ?", jednakże tym razem, gdy patrzę na mój zeszłoroczny wpis, zgadzam się z dawną October Rust, że dobrym postanowieniem na nadchodzący rok będzie "naprodukowanie sobie mnóstwa pięknych wspomnień". Brzmi jak niezły plan.

Mogłabym jeszcze zrobić coś z moim późnym chodzeniem spać i wiecznym spóźnianiem się. Ale wymyślanie każdego roku tych samych, nierealistycznych postanowień nie ma sensu, każdy Wam to powie.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!!!

piątek, 9 grudnia 2016

Najbardziej niedoceniany artysta w Polsce



Pamiętam jego koncert, który dla mnie był tym pierwszym. Cisza. Napięcie, podekscytowanie. Charakterystyczne, głębokie, niskie dźwięki basu. Już wtedy wiedziałam, co się święci. Zastanawiałam się, czy inni też. Możliwe, że niekoniecznie. Możliwe także, że byli gotowi, ale w konfrontacji z głosem wszechmogącym nie mieli żadnych szans. Pani obok mnie aż podskoczyła.

Kiedy więc kilka miesięcy temu niemalże wpadłam na słup i zobaczyłam plakat zapraszający mnie pod koniec listopada na przejażdżki popołudniową porą, pomyślałam sobie: "czemu by nie skorzystać z takiego zaproszenia?".


A później listopad, niedziela wieczór, ciemno, zimno, depresja, zostawcie-mnie-nigdzie-nie-idę. Ale jednak wyczołgałam się z łóżka, dotarłam na miejsce, z zaskoczeniem odkryłam, że zajmuję miejsce dość blisko sceny, potem znowu uświadomiłam sobie, że to i tak bez znaczenia, bo przyjemnie jest delektować się muzyką również z zamkniętymi oczami. Lekko zmęczona, z nieco sceptycznym nastawieniem i nie do końca pozytywnym nastrojem nadstawiałam uszu i wierciłam się w fotelu, kiedy nagle słyszę:

- POOOOOOOOOOPOOOOOŁUDNIOOOWEEE...!

i nagle czuję, że to jest dokładnie to, czego mi trzeba, że całe to negatywne napięcie i zmęczenie zaczyna odpuszczać, że robi się cieplej na sercu, i cały ten ciężar spada, i taka lekkość, i taka błogość...

- przeeeeejaaaażdzki...!

Panie i Panowie, przed Państwem... Janusz Radek!

<Źródło>

...

I jak? Jakie emocje, wrażenia, odczucia, skojarzenia? Jeżeli powyższe nazwisko nadal nic Wam nie mówi, to oczywiście nic złego, nic strasznego się nie dzieje, w końcu nie sposób jest znać wszystkich polskich wykonawców muzycznych. Ale jeżeli tak się sytuacja przedstawia, to oznacza to, że powoli zbliżamy się do wyjaśnienia zawartego w tytule wpisu stwierdzenia ;)

Hmm... Z jednej strony naprawdę trudno jest mi wyobrazić sobie, że utwory Janusza Radka pojawiają się w komercyjnych stacjach radiowych przynajmniej 5 razy na godzinę obok nierzadko irytujących, "jednosezonowych" hitów, a sam artysta zostaje celebrytą gotowym wyskoczyć z naszej lodówki. Wydaje mi się jednak, że Janusz Radek zasługuje na zdecydowanie więcej (innego typu niż tej wspomnianej) uwagi, zainteresowania, uznania. docenienia, obecności w świadomości słuchaczy.

Dlaczego?

... Ludzie, to jest niesamowity talent! :D

Już samo to, że Janusz Radek pisze własne teksty i komponuje muzykę, jest mocnym argumentem przemawiającym za słusznością mojej opinii. Szczególnie pierwsza część koncertu, składająca się z utworów z albumu "Popołudniowe przejażdżki, mogła przypomnieć zgromadzonym o swoim artystycznym kunszcie, o szerokim zakresie możliwości wyrazu i o tym, że w muzyce nie ma dla niego żadnych granic. Słuchaczom dostarczono niezapomnianych przeżyć wraz z bardzo piękną, urzekającą piosenką "Czucie", aby wkrótce potem wywołano u nich mimowolne wystukiwanie stopą rytmu przy energetycznym, "świeżym", nowoczesnym utworze "Manekin start" (który to wyjątkowo przypadł mi do gustu w koncertowej wersji).  Korzystając z okazji, muszę przytoczyć genialne słowa Janusza Radka dotyczące jego najnowszego albumu, niewątpliwie bardzo zachęcające do przesłuchania tworzących go piosenek:

"Nagrałem płytę, która jest jak ciastko z nadzieniem. 
Jedni je obejrzą i powiedzą, że lukrowane, 
a inni będą chcieli dojść do dżemiku w środku." <źródło>


Mówiąc o Januszu Radku, nie da się nie wspomnieć o jego charakterystycznej, nie do pomylenia z jakimkolwiek innym wokalistą, a jednocześnie bardzo przyjemnej barwie głosu, a przede wszystkim o nieprawdopodobnych możliwościach wokalnych. O tym, że sam ze sobą potrafi wykonać damsko-męski duet, słyszy się do znudzenia. Ale mimo to za każdym razem jestem zachwycona, kiedy mogę na własne uszy przekonać się, że on naprawdę jest w stanie to zrobić. Podczas koncertu Janusz Radek próbował nawet podzielić się z widownią swoimi umiejętnościami i udzielić kilku lekcji śpiewu - niestety, już w połowie popisów podczas piosenki "Dobro" ... było dla mnie za wysoko ;)

"Dobro" pojawiło się jeszcze raz w ramach bisu i to ostatecznie doprowadziło mnie do nieustannego nucenia tej piosenki przez cały wieczór i następny dzień po koncercie. Bardzo podobał mi się "Ten pocałunek" w lekko odmienionej wersji oraz poruszające "Kiedy u... kochanie", nie mówiąc już o zachwycającym duecie z córką Zuzanną, po którym modliłam się, żeby mój wodoodporny makijaż oczu zdał egzamin.


Dobrze, wszystko dobrze, wszystko pięknie, czy jest więc coś, do czego mogłabym się przyczepić? Owszem - nie było "Sheili" !!! Ale wybaczam, wszystko wybaczam. Ogromną wadą koncertu była jego długość. Za krótko!!! ;) Niby trwał dobre dwie godziny, ale miałam wrażenie, że od momentu zajęcia miejsca do wyjścia z sali minęło jakieś pół godziny. Przypomniał mi się mój pierwszy koncert Janusza Radka, kiedy to wykonaniu kilku piosenek powiedział, że zbliżamy się do końca, a na mojej twarzy pojawił się lekki półuśmiech, ponieważ byłam przekonana, że sobie żartuje. Nie żartował :'(

Straszny odczuwam niedosyt po koncertach Janusza Radka, ale bez zawahania mogę je polecić. Jeżeli po przesłuchaniu kilku piosenek czujecie, że trafiają w Wasz gust, to tym bardziej, ponieważ Janusz Radek jest chyba jednym z nielicznych artystów, którzy nawet lepiej brzmią na żywo niż na nagraniach. Warto.

PS. W pierwszym akapicie nawiązuję do utworu "Ja jestem wamp". Wykonanie Janusza Radka jest niesamowite, nie do opisania. Polecam, ale... uważajcie na siebie, nie dajcie się zaskoczyć tak jak siedząca obok mnie pani ;)

poniedziałek, 5 grudnia 2016

W poszukiwaniu mężczyzny idealnego


Blondyn czy brunet? Skandynawski artysta w skórzanej kurtce czy beztroski duży chłopiec z figlarnym błyskiem w oku? Wraz z Anią z bloga Melancholic Sloth postanowiłyśmy po raz kolejny nawiązać współpracę i porozmawiać o tym, co decyduje o atrakcyjności mężczyzn w oczach kobiet. 

Jaki obraz mężczyzny wyłonił się z naszej dyskusji? Przekonajcie się sami.




Ania: Dobra, niech rozpocznie naszą dyskusję standardowe pytanie: blondyn czy brunet?

Dominika: Ja już wiem, co powiesz, i wiem, że będzie to inny wybór niż mój. Dla mnie – brunet ;)
Ania: I co teraz: bijemy się? xd Ale wiesz co, to dobrze, bo właśnie wbrew pozorom nie będziemy się bić o w przyszłości poznanych facetów. Bo będą podobać nam się inni.

Dominika: Jeżeli będziemy się kierowały tylko kolorem włosów, to na szczęście nie dojdzie do rękoczynów xD A co, jeśli nawet nie zwrócimy uwagi na włosy, ponieważ zachwycą nas czyjeś oczy? Zielone, niebieskie, brązowe - co wybierasz? ;)

Ania: A właśnie! Oczy są ważne - na nie zwracam uwagę jako jedne z pierwszych. Niebieskie górą u mnie z wiadomych względów - bo uroda skandynawska :P No ale na włosy też bardzo zwracam uwagę. I to zupełnie bezwiednie! Wystarczy, że mi mignie blond czupryna, a ja od razu odwracam głowę. Mimo, że potem tenże jegomość może okazać się brzydki. xd


Dominika: Aż taka preferencja wobec blondynów? Uwaga panowie, zapamiętajcie - blond na głowie i wasze akcje u Ani skaczą ostro w górę! ;) A co do oczu... ufff. Zielone. Uniknęłyśmy po raz kolejny powodu do ewentualnej bijatyki w przyszłości xD Ale pewnie obie się zgodzimy, mam taką nadzieję, że zwracamy uwagę nie tylko na kolor tęczówki, ale tę bijącą z oczu radość, to ujmujące spojrzenie pełne blasku… Bardzo podobają mi się właściciele takich "śmiejących się oczu"

Ania: Ach no ok - byle by nie za duża ta radość, wiesz, że lubię dekadentów xdd Ale inna sprawa, że lubię taki figlarny błysk, który wiąże się z taką trochę beztroską osobowością. I tu jest dziwnie, bo jak się zastanowić, to ten dekadencki artysta i beztroski duży chłopiec z figlarnym błyskiem w oku, to dwie różne osoby. Co gorsza, oboje wydają się mieć destrukcyjny wpływ na ludzi na dłuższą metę xddd

Dominika: Tak, zdecydowanie, to nie może być zbyt wielka radość kojarząca się z pozytywną energią i zarażaniem optymizmem rodem z banalnych poradników typu "believe in yourself" ;) A "figlarny błysk" to bardzo dobre określenie, o to chodzi. Hmmm... ciekawe, kto by powstał, gdyby połączyć kilka cech dekadenta i tego beztroskiego dużego chłopca. Groziłaby nam katastrofa? ;) Trudno powiedzieć, czy taka kombinacja jest możliwa, niemniej jednak niesamowicie intrygująca jest swego rodzaju tajemniczość, nieprzewidywalność, zagadkowość, nawet nie wiem, jak to określić, więc pomogę sobie cytatem: "Cenię ludzi, o których z góry wiem, że nie dadzą się łatwo odgadnąć, jeśli w ogóle." (W.Myśliwski).


Ania: Ooo, to jest bardzo dobry cytat - nie znałam! A więc wygląd to nie wszystko... I żeby nie było, że lecę tylko na wygląd - przez dobre dwa lata podobał mi się chłopak, który urodę miał na tyle specyficzną, że nawet nie chciałam nikomu zdjęcia pokazywać xd Ale był (jest, tylko już mi się nie podoba) artystyczną duszą, dżentelmenem, był przemiły, uroczo nieporadny i miał fantastyczne poczucie humoru (cholera, zaraz od nowa się w nim zakocham). Innym razem spodobał mi się brunet - za inteligencję, genialny humor i to, że świetnie mi się z nim gadało. Ostatnio z kolei pewien pan… - tutaj również poczucie humoru - ono jest ważne!

Dominika: Dokładnie. Poza tym wierzę w to, że Ci, którzy zobaczą tę naszą rozmowę, potraktują ją z przymrużeniem oka i zapewne potwierdzą, że jeżeli już dochodzi do zauroczenia, to obiektem naszych westchnień może się nawet stać osoba, która bardzo odbiega od naszego ideału. Zauważyłam też, że jeżeli ktoś intryguje nas swoją osobowością, zachwyca poczuciem humoru, ujmuje empatią i dobrocią, to w pewnym momencie zaczynamy dostrzegać liczne zalety związane z wyglądem i zastanawiać się, czemu dopiero teraz zwracamy na nie uwagę ;) Zgadzam się, ważne jest także poczucie humoru, ważne jest, żeby można było z daną osobą swobodnie prowadzić niekończące się rozmowy dające mnóstwo satysfakcji, radości - i najlepiej jeszcze - inspiracji. Yyyy.... zaraz, jak to Ci się już nie podoba? xD


Ania: Ten o którym mówiłam? xd No już niby nie, chociaż może trochę.. Ale już nie wariuję na jego widok haha A no i właśnie? Czym się różni taki typ co nam się podoba, wariujemy na jego widok, a gdy go widzimy na mieście, chcemy uciekać albo zapominamy jak się mówi po polsku - czym się on różni od tego, który nam się podoba, ale może nie aż tak strasznie, bo swobodnie z nim gadamy, uwielbiamy z nim rozmawiać... Może ten punkt drugi, jest drugim etapem tego pierwszego czasami? :O Wiesz o czym mówię?

A wgl trafne spostrzeżenie, co do tego, że na początku gość nie wydaje nam się aż tak piękny, a gdy dostrzeżesz inne jego zalety, nagle zdaje się taaaki przystojny. Miałam tak mnóstwo razy! Żeby podać neutralny przykład - Tom Odell. :D

Dominika: Wydaje mi się, że wiem... Dobre pytanie. Są dwa rodzaje podobania/zauroczenia czy któreś z nich nim nie jest? Możliwe, że w niektórych przypadkach od razu przechodzi się do punktu drugiego i omija ten nieco krępujący etap pierwszy, ale z drugiej strony, jeżeli pechowo zacznie się od punktu pierwszego - to czy są w ogóle szanse na etap drugi? Jak tu w ogóle doprowadzić do swobodnej rozmowy, kiedy na widok tej osoby nie myślimy o ciekawych tematach do rozmowy, ale natychmiastowej ewakuacji? ;)

Ach tak, Tom Odell, Twój przyszły mąż, kojarzę. Przy okazji przypomniałaś mi, że niektórzy mężczyźni są tak brzydcy, że aż przystojni. Takim przypadkom została nawet poświęcona pewna znana strona na Facebooku, ale nie wiem, czy mogę tutaj ją zareklamować ;) Często jest tak, że taka klasyczna uroda, zgodna z współcześnie panującym ideałem piękna, nijak nie może nam zapaść w pamięć, nie zaskakuje i nie zachwyca na dalszą metę. A taka uroda niebanalna, "nieoczywista" potrafi naprawdę kręcić i intrygować.


Ania: Nooo ja tak przecież mam, że ci klasyczni przystojniacy, za którymi szaleją kobiety wcale mnie nie kręcą (tutaj zaraz pewno przejdziemy do drwaloseksualizmu xd). Chociażby di Caprio, Dorociński, aaa no i ten Piotr Stramowski z Pitbulla, którym moja koleżanka jest tak zachwycona, że woow a ja nic. Ja z kolei i moi blondyni z delikatnymi rysami to osobny rozdział - Tom Odell, Bard Ylvisaker, Jamie Campbell Bower... Młody Johnny Depp jako wyjątek potwierdzający regułę. :P Podaj i ty jakichś swoich :D

Dominika: Zanim podam swoje, muszę przy okazji wspomnieć o „fenomenie Madsa Mikkelsena”. Ludzie kochani, ja kompletnie nie mogłam zrozumieć, jak ktoś może uważać go za ideał męskiej urody, jak komuś w ogóle może się on podobać z wyglądu xD Ale później zobaczyłam go w filmie, w dodatku niezbyt rozbudowanej, drugoplanowej roli. I potwierdzam, rzeczywiście jest coś na rzeczy, czasami trudno było oderwać od niego wzrok. Wielbicielką raczej nie zostanę, ale zaczynam rozumieć to niezwykłe zjawisko ;)

Ania: Musiałam gościa wygooglować, ale nie podoba mi się! Ale nie przekreślam, nie przekreślam - zobaczymy co przyszłość przyniesie haha Btw teraz przeszukuję swoją pamięć i swojego pierwszego męża miałam w wieku sześciu lat - był on rok młodszy xd i był uroczym blondynkiem w stylu aniołkowatym hahah Potem był John Smith z Pocahontas także no blond blond. I teraz ja muszę szukać męża na północy (UK, Skandynawia - w Norwegii prawie każdy mi się podobał lol), a ty do Hiszpanii/ Włoch. I amen. No a ten drwaloseksualizm? Co myślisz? Męski facet! Broda! Koszula! Siekiera! Że zacytuje fragment sarkastycznego postu mego ukochanego blogera: "Oczywiście każda kobieta już od piaskownicy marzy o mężczyźnie, który będzie jej otwierał butelki zębami, wbijał gwoździe dłonią, mieszał beton kolanem i zatrzymywał pędzący pociąg uchem."


Dominika: Hmmm... Wracając po chwili namysłu do moich typów - na pewno panowie z TON, Peter Steele i Josh Silver, biorę ich w komplecie. Przypomniało mi się, że kiedyś podobał mi się Tom Hanks, zwłaszcza jego oczy i jego głos ;) A no i jeszcze Ville Valo, licealna bądź gimnazjalna miłość wielu nastolatek ;) A cytat naprawdę świetny. Koszula w kratę jest jeszcze ok, ale ta bujna broda.. Błagam, niech ta moda się już skończy xD

Ania: Ojej, Ville Valo mi się podoba! Swoją drogą widzę, że lubisz niegrzecznych chłopców w skórach xd W takim razie polecam Deppa z Cry-Baby ;) A niektórym się ta broda podoba właśnie - moim zdaniem zasłania twarz xd

A co do Norwegii - przewodniczka opowiadała nam o emigracjach matrymonialnych w te rejony - możemy kontynuować tą wspaniałą tradycję!

Dominika: O tak, wygląda na to, że tak. Zwykle obiektami moich westchnień bywali artyści, muzycy, wokaliści, i rzeczywiście niezbyt ugrzecznieni ;)

Jakby była szansa na jakiegoś nieokrzesanego, norweskiego rockmana w skórzanej kurtce - wchodzę w to! ;)

środa, 23 listopada 2016

Zbiór dowodów na to, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło (Norman E. Rosenthal - "Dar przeciwności. Nieoczekiwane korzyści, jakie dają nam życiowe trudności, komplikacje i uciążliwości")


"Najprościej mówiąc, nauka płynąca z opowiedzianych tu historii to 
słodki owoc, rosnący na ciernistych krzewach przeciwności"




Nie ulega wątpliwości, że nikt z nas nie jest zadowolony, kiedy odnosi porażkę. Nie lubimy nieprzyjemnych doświadczeń. Gdyby tylko było to możliwe, wolelibyśmy unikać wszelkich przeszkód, problemów, komplikacji, trudności, przeciwności losu. Ale kiedy z perspektywy czasu patrzę na pewne minione zdarzenia, które kiedyś były ciężkie, trudne, bolesne, traumatyczne czy przygnębiające, to mam czasem ochotę powiedzieć: "Dobrze, że to się wydarzyło". I coś mi mówi, że nie jestem w tym odosobniona. W obliczu tych gorzkich chwil zwykle odczuwamy żal, rozgoryczenie i smutek bądź złość, ale kiedy już opadną pierwsze silne, niepohamowane emocje, i na chłodno przeanalizujemy sytuację, to dochodzimy do wniosku, że dzięki danemu zdarzeniu czegoś się nauczyliśmy, że dokonała się pozytywna zmiana w naszym życiu, że wreszcie przejrzeliśmy na oczy i uświadomiliśmy sobie coś, co do nas przed tym życiowym wstrząsem kompletnie nie docierało. Życiowe trudności mogą uczynić nas lepszymi ludźmi, umożliwić nam ujrzenie rzeczywistości w zupełnie innym świetle i dostarczyć nam o wiele więcej innych korzyści, o czym przekonuje nas Norman Rosenthal w książce "Dar przeciwności. Nieoczekiwane korzyści, jakie dają nam życiowe trudności, komplikacje i uciążliwości".

Książka składa się z nieco ponad pięćdziesięciu, względnie krótkich rozdziałów. A każdy rozdział to jedna opowieść (lub też kilka drobnych historyjek w jednym), wraz z anegdotami, cytatami i innymi nawiązaniami. Wszystkie te opowiastki łączy jedno - ich bohaterowie musieli zmierzyć się z mniej lub bardziej trudnymi doświadczeniami, bolesnymi lekcjami życia, z których jednak mogli zyskać coś bardzo dobrego i wartościowego oraz wyciągnąć naukę na przyszłość. Dlatego też autor każdy rozdział podsumowuje zwięzłym, treściwym, mądrym, skłaniającym do refleksji morałem.


"Dar przeciwności" to zbiór prawdziwych historii z życia wziętych - a konkretniej, wziętych głównie z życia samego autora (psychiatry z zawodu i z zamiłowania), jego rodziny, jego całkiem sporego grona przyjaciół i leczonych przez niego pacjentów. Chwilami miałam nawet wrażenie, że owa książka to autobiografia w nietypowej, pomysłowej formie. Autor wyróżnił cztery części, z czego dwie pierwsze to "Młodość" i 'Wiek dojrzały", ponadto zgrabnie przemycił informacje o swojej działalności naukowej (sezonowe zaburzenie afektywne) i głównych obszarach zainteresowań (medytacja transcendentalna chociażby).

Ale oczywiście zupełnie nie dziwi mnie to, że pisze o sobie i swoich bliskich - nie tylko dlatego, że to jego książka, lecz ze względu na to, że wiódł (i zapewne wiedzie) niezwykle barwne i ciekawe życie. Śmieję się, że niektóre ze zgromadzonych opowieści jak dla mnie nie musiały być nawet zakończone morałem, a czytało mi się je jak dobrą, wciągającą, emocjonującą, trzymającą w napięciu powieść. Niestety, jednocześnie pokazywały one, że "życie nie oszczędzało" Normana Rosenthala. Dzieciństwo i młodość w Afryce Południowej w czasach apartheidu, cudem uniknięcie śmierci po brutalnym ataku ("gdyby ranę zadano pół centymetra dalej, już byś nie żył") i późniejsze konsekwencje zdrowotne, przeprowadzki, problemy w pracy... barwne i ciekawe życie niewolne było również od trudności i przeciwności losu. Autor przekonuje jednak, że zamiast poddawać się i załamywać lub też buntować się i obrażać na cały świat, warto uczyć się na błędach i czerpać mądrość z nieprzyjemnych lub bolesnych doświadczeń, aby wieść szczęśliwe, pełne, satysfakcjonujące życie.


Zawarte w książce opowieści są bardzo zróżnicowane, niektóre dramatyczne i poruszające, inne lekkie i zabawne, inne zaś pokrzepiające, skłaniające do głębszego zastanowienia. Spodziewałam się jednak po tej książce czegoś innego - nie licząc tych wciągających i trzymających w napięciu fragmentów niewiele było historyjek zakończonych ważnym morałem, który na długo zapadłby mi w pamięć lub rzucił inne światło na pewne sprawy lub namieszał w moich poglądach i sposobie, w jaki postrzegam rzeczywistość. Niektóre opowiastki zaskakiwały mnie swoim morałem... lub też same w sobie były zaskakujące. Do pierwszej grupy zaliczyłabym historię wuja z fugą dysocjacyjną - podsumowanie jej słowami o cenności wspomnień to dość "marne pocieszenie", zaledwie mała kosteczka czekolady po sporej dawce paskudnie gorzkiego lekarstwa. A zaskakująca sama w sobie była pierwsza opowiastka, z której płynęło przesłanie: "W większości przypadków to, co robimy nie musi być doskonałe...". Odważne i kontrowersyjne słowa, trzeba uważać, w jakich sytuacjach się do nich stosuje.

Z kolei niektóre historie zaliczają się według mnie do grupy "ważne i potrzebne". Taki jest na przykład rozdział dotyczący wzajemności w relacjach międzyludzkich:


"Rodzice myślą nieraz, że wyświadczają dzieciom przysługę, ucząc je skupiania się przede wszystkim na zaspokajaniu własnych potrzeb i urządzeniu się w życiu możliwie jak najwygodniej. 
Powinni jednak zadać sobie pytanie, co wyrośnie z ich pociech, jeśli za młodu nie nauczą się sztuki wzajemności"


Bardzo spodobał mi się również rozdział o braniu odpowiedzialności za swoje czyny, nawet te niewłaściwe i złe. W przeszłości zdarzało mi się niestety być świadkiem lub słyszeć od znajomych o postępowaniu polegającym na odwracaniu kota ogonem, zrzucaniu winy na różne okoliczności i obarczaniu winą kogoś innego zamiast odważnego i zasługującego na szacunek wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny i przyznania się do błędu. Myślę, że wiele osób powinno zapoznać się z tym rozdziałem, zresztą ja też chętnie będę do niego wracać, aby ciągle pamiętać o płynącej z niego nauce i stosować ją w praktyce:


"Bierzmy odpowiedzialność za swoje czyny, także za błędy i zaniedbania. Gdy trzeba, przepraszajmy i starajmy się naprawić wyrządzone zło. Postępując w ten sposób, osiągniemy sukces i poczujemy, że jesteśmy panami swojego losu, a nie jego ofiarami"


Tak jak już wspomniałam, spodziewałam się czegoś innego. Ale nie żałuję, że poświęciłam czas na przeczytanie tej książki - myślę, że dobrze się złożyło, że na nią trafiłam. Mogłam się po raz kolejny przekonać, że problemy, trudności i przeciwności losu to naprawdę nie przekleństwo, lecz cenny dar, o ile potrafimy go przyjąć i skorzystać z niego w odpowiedni, mądry sposób. "Dar przeciwności" to wyjątkowa książka, grzejąca serducho i pokrzepiająca swym optymizmem ;)

Akuku!


czwartek, 10 listopada 2016

Opactwo Benedyktynów w Tyńcu


Długo zastanawiałam się, czy wpisy związane ze skromnym, "niewinnym" zwiedzaniem bądź poważniejszymi wyprawami będą dobrze komponować się z pozostałymi treściami zamieszczanymi przeze mnie na blogu. Po chwili namysłu doszłam jednak do wniosku, że... dzisiaj zabiorę Was na małą wycieczkę ;)


Tyniec, benedyktyni... Myślę, że wiele osób słyszało o malowniczo położonym klasztorze. Przyznaję, że informacje o nim również docierały w przeszłości do moich uszu i tak mniej więcej domyślałam się, gdzie to miejsce się znajduje... aczkolwiek nie spodziewałam się, że jest na wyciągnięcie ręki i bez problemu można do niego dotrzeć komunikacją miejską z centrum Krakowa. Ech, może nie do końca bezproblemowo. Kiedy dotarłam na przystanek, z bólem serca musiałam patrzeć, jak mój autobus ucieka mi sprzed nosa. A potem czekać niespełna godzinę na następny, któremu to jednakże nie dałam żadnych szans na ucieczkę ;)

Im bardziej oddalałam się od miejskiego zgiełku i zakorkowanych ulic, tym trudniej mi było uwierzyć, że cel mojej podróży znajduje się jeszcze w obrębie Krakowa. Gdy wysiadłam na przystanku, miałam wrażenie, że trafiłam raczej do niewielkiej, ukrytej przed światem, podhalańskiej wsi. Dziwne uczucie, ale przyjemne. Spacerek w tak spokojnej okolicy był wyjątkowo odprężający i wyciszający. A po krótkiej chwili moim oczom ukazała się brama - jak się później okazało, były to wrota do niezwykłej świątyni ciszy.


Przejście przez dziedziniec zdaje się być atrakcją samą w sobie ;) Nawet obecność paru grupek zwiedzających w żaden sposób nie przeszkodziła w doświadczeniu spowolnionego upływu czasu i magicznej atmosfery. Na wspomnianym niewielkim dziedzińcu znajduje się zabytkowa studnia - wiąże się z nią pewna legenda, z której treścią można się zapoznać przy jednym z filarów drewnianej altany.



Opactwo w Tyńcu to przede wszystkim miejsce o charakterze religijnym. Dla pobożnych turystów obiektem o szczególnym znaczeniu będzie z pewnością Kościół św. Piotra i św. Pawła. W niewielkiej, łączącej różne style architektoniczne świątyni można wziąć udział w Mszy Świętej lub po prostu na moment pogrążyć się w własnej modlitwie, zadumie i rozważaniach.


Jedną z największych atrakcji jest bez wątpienia zapierający dech w piersiach, malowniczy widok, który można podziwiać zza muru. Myślę, że idealnym miejscem do zachwycania się pięknymi krajobrazami jest drewniany podest ze stolikami należącymi do kawiarni. Warto więc cieszyć się przyjemnymi widokami w towarzystwie gorącej kawy, aromatycznej herbaty bądź pysznego ciasta. Oprócz kawiarenki na terenie Opactwa znajduje się również restauracja, księgarnia i benedyktyński sklepik, gdzie można zaopatrzyć się w dewocjonalia, lecznicze mieszanki ziół i przypraw, kosmetyki, kawy, herbaty, ciastka i inne smakołyki oraz alkohole.


Wspaniałym zwieńczeniem kojącego i wyciszającego zwiedzania będzie zejście ze wzgórza i wybranie się na krótką wędrówkę bądź rowerową przejażdżkę brzegiem Wisły. Okazuje się, że klasztor na wapiennej skale prezentuje się równie pięknie, gdy podziwia się go z dołu ;)




Myślę, że Opactwo Benedyktynów w Tyńcu może być atrakcyjnym celem dla kogoś, kto zmęczony codziennymi obowiązkami i przytłoczony miejskim zgiełkiem potrzebuje odrobiny wytchnienia, wyciszenia i zresetowania mózgu ;) Cudowne widoki, przyjazna dla duszy atmosfera, całkiem niezła kawa - każdy powinien znaleźć coś dla siebie.


piątek, 4 listopada 2016

Gdyby tylko na czas seansu dało się zapętlić czasoprzestrzeń... ("Doctor Strange")


Wy wszyscy, którzy uważacie, że ten film jest słaby - zejdźcie mi z oczu.


<Źródło>

Na tym praktycznie mój wpis mógłby się zakończyć, ale postaram się w miarę możliwości spojrzeć na film krytycznym okiem... TYLKO ŻE TO NIE JEST ŁATWE! :D Nie da się stworzyć rzetelnej, nieprzejaskrawionej recenzji po tym, jak zostałam zmiażdżona i tak bezlitośnie wbita w fotel, że musiałam zwlec się z niego resztkami sił i na czworakach opuścić salę.

Ale spróbuję ;)

Mówiąc o "Doktorze Strange", chyba nie sposób jest nie wspomnieć o perfekcyjnie wykonanej robocie przez speców od efektów specjalnych. Podróże między różnymi wymiarami, uwalnianie ciał astralnych i zabawy z cofaniem czasu prezentowały się na ekranie oszałamiająco. Dla mnie najbardziej spektakularne było starcie Doktora Strange z Kaeciliusem w lustrzanym wymiarze, w którym to kalejdoskopowe, dzielące się i przemieszczające elementy miasta mogą przyprawiać o delikatne zawroty głowy - a jednocześnie niewątpliwie wzbudzać zachwyt, dlatego też sugeruję wybranie się na seans 3D dla zintensyfikowania wrażeń.

<Źródło>
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że zapierające dech w piersiach efekty specjalne stanowią smakowite dopełnienie całości, a nie przykrywkę dla jakichkolwiek filmowych braków. "Doctor Strange" to nie ładny obrazek do oglądania i tanie wizualne sztuczki, lecz wciągająca, choć może niezbyt wymyślna fabuła i znakomite aktorstwo. Tytułowy bohater, genialny neurochirurg o rozbuchanym ego, niejednokrotnie irytował mnie swoją arogancją, co oznacza, że wcielający się w niego Benedict Cumberbatch wykonał swoje zadanie perfekcyjnie ;) Ale mimo to wzbudził moją ogromną sympatię, może nawet jeszcze większą dzięki temu, że nie jest wyidealizowanym bohaterem bez skazy. W podobnym tonie mogłabym wypowiedzieć się na temat postaci Starożytnego/Przedwiecznego, a właściwie Starożytnej (w tej roli zawsze genialna Tilda Swinton). Rysa na jej nieskalanym wizerunku mistrzyni i mentora w połączeniu z  kreacją stworzoną przez Tildę sprawia, że postać ta nie jest nudna i banalna. Nawiasem mówiąc, zastanawia mnie, jak ona to robi, że świetnie wygląda nawet bez makijażu i... bez włosów :D

<Źródło>
Z kolei w przypadku Madsa Mikkelsena odnoszę wrażenie, że nie miał zbyt wielu okazji, aby wykorzystać swój potencjał jako Kaecilius. W pierwszych, początkowych scenach jego postać niesamowicie rozbudziła moją ciekawość, ale później Kaecilius wydawał mi się być takim bezbarwnym, "pobocznym" antagonistą. Szkoda, że nie miał okazji rozwinąć skrzydeł. Bardzo zaintrygowała mnie też postać Mordo. Początkowo zdawał się pełnić rolę najbardziej szlachetnego i praworządnego bohatera, jednakże końcówka filmu i ostatnia scena po napisach nieco namieszała w moich spostrzeżeniach. Prawdopodobnie jeszcze o nim usłyszymy w kontekście kolejnych produkcji Marvela.

<Źródło>
Całość została okraszona specyficznym, "uroczym" poczuciem humoru i paroma mniej lub bardziej śmiesznymi wstawkami, z których w szczególności scena pt. "azjatycki bibliotekarz słuchający Beyonce" doprowadziła u mnie do przekroczenia progu wrażliwości na absurd. Kwestia gustu. Nie wszystkie humorystyczne momenty mi się podobały, ale myślę, że dzięki nim marvelowskie produkcje nabierają lekkości i luzu. To, co jeszcze wyjątkowo zwróciło moją uwagę, to muzyka. Stanowiła wspaniałe dopełnienie najciekawszych i najbardziej wbijających w fotel momentów. Bardzo przypadł mi również do gustu utwór rozbrzmiewający wówczas, gdy lekko zażenowana siedzeniem w prawie zupełnie opustoszałej sali kinowej czekałam na koniec napisów i ostatnią dodatkową scenę :)

"Doctor Strange" chyba będzie od dzisiaj moim ulubionym filmem z MCU. A przynajmniej znajdę dla niego miejsce w pierwszej trójce, obok "Zimowego Żołnierza" i "Strażników Galaktyki" (którzy, nawiasem mówiąc, będą po raz kolejny pilnować galaktyki już w przyszłym roku, nie mogę się doczekać!). Serdecznie polecam, potężna dawka rozrywki i niezapomniane wrażenia gwarantowane.

<Źródło>

wtorek, 1 listopada 2016

Spontaniczna zamiana ciał - Melancholic Sloth


Hej Wam! Dziś pisze do Was ktoś inny, tym razem nie Dominika. Jestem Ania z bloga Melancholic Sloth i dziś mam tę przyjemność, by gościć tutaj. Dominikę poznałam na angielskim i baaardzo się ucieszyłam, gdy się okazało, że prowadzi bloga! Lubię ludzi, którzy piszą, robią fajne zdjęcia, tworzą coś własnego. Jednocześnie chyba trochę dyskryminuję ludzi nie mających takiej potrzeby, Chyba powinnam to zmienić. :P Ale to na dłuższy temat – już na moim blogu. Tymczasem okazało się, że blog Dominiki jest naprawdę warty poczytania. Opowiada o rzeczach podobnych do mnie – przemyślenia, kultura, muzyka, święta. Jedyne co, to Dominika ewidentnie więcej pisze o studiach, czego ja nie robię wcale (lepiej w to za bardzo nie wnikajmy xd). Ja za to nieco więcej wspominam o podróżach, a zamierzam pisać o nich jeszcze więcej!



W podróży, na wyjeździe, lepiej mi się myśli. Mam bardziej otwarty umysł na wszystko – na nowe pomysły, osoby, kultury, języki, niekonwencjonalne działania… Uwielbiam poznawać nowych ludzi z różnych krajów, o różnych zwyczajach – to serio wspaniałe uczucie! Niestety w swoich podróżach, nie wyjechałam na razie poza Europę, ale zamierzam uczynić to już wkrótce – jeżeli się uda, w te wakacje! Postanowiłam więc znaleźć taki zestaw pytań (umówiłyśmy się na jakiś TAG), który będzie mówił o podróżach właśnie. Pochodzi on z kanału Jessy. Postaram się odpowiedzieć na nie najlepiej jak potrafię, a przy okazji dostarczyć Wam nieco zdjęć i informacji na temat konkretnych, wymienionych przeze mnie miejsc. Zaczynajmy!

1. Twój wymarzony cel podróży

Ojejku... jest tego sporo! Najbardziej ciągnie mnie do krajów anglojęzycznych i nie za bardzo jestem w stanie stwierdzić dlaczego. Na pewno chciałabym spędzić co najmniej parę miesięcy w Wielkiej Brytanii. Byłam w Anglii trzy razy i kocham ją bezgranicznie, ale tak samo pragnę zobaczyć Szkocję, Walię, czy Irlandię. Chcę zjeździć Wielką Brytanię wzdłuż i wszerz, poznać każde miasto, każdą małą wioseczkę, pola i lasy (#zachłanność). Konkretnie plan jest taki by na jakiś czas w GB zamieszkać i czas pokaże czy uda się to zrealizować. Podobne plany mam co do Stanów Zjednoczonych. Również chciałabym tam spędzić co najmniej rok. Nie byłam tam nigdy, ale mam wrażenie, że jest to niesamowite miejsce, pełne różnorodności (ludzie, krajobrazy, klimat, mentalność...). Marzy mi się Nowy Jork, San Francisco, Floryda, Texas, Alaska, Kolorado, Dolina Śmierci i wiele, wiele innych…

Co jeszcze - wielu osobom marzy się podróż dookoła świata – na przykład rejs. Dla mnie super, ale musiałabym znaleźć naprawdę odpowiednią, zaufaną ekipę, w której towarzystwie czułabym się bezpiecznie, wtedy możemy ruszać na podbój globu!

2. Twój cel podróży - dlaczego podróżujesz?

Podróżuję z chęci poznania nowych miejsc, rozszerzania horyzontów, patrzenia na niektóre sprawy z różnej perspektywy. Podróżuję by poznać nowych ludzi, by być zaskakiwaną i zaskakiwać samą siebie. Jednocześnie głęboko wierzę, że dany kraj, jego mieszkańców i kulturę najlepiej poznaje się przez wsiąknięcie w nią. Stąd właśnie moja chęć mieszkania w wybranych krajach przynajmniej przez jakiś czas, pracowania tam, smakowania wszystkiego co nowe, po prostu... życia. Jak na razie są to Wielka Brytania i USA – zobaczymy co będzie dalej...




3. Pierwsza podróż bez rodziców (lub innej dorosłej osoby)

Hmm... Właściwie… nigdy nie byłam na wakacjach bez żadnej dorosłej osoby. Zanim skończyłam osiemnaście lat, nie wybierałam się w podróż sama, ani z koleżankami. Teraz częściej wyjeżdżam ze znajomymi, ale wszyscy już jesteśmy dorośli (powiedzmy :P). Także no nie wiem – zróbmy tak... Pierwsza podróż bez rodziców – wyjazd z dziadkami w góry. Pierwsza podróż bez rodziny – zielona szkoła w czwartej klasie, Białka Tatrzańska :P Pierwsza podróż bez dorosłych – do Warszawy z koleżanką (ale same byłyśmy już dorosłe xd). 

4. Najbardziej inspirująca podróż

Każdy mój wyjazd jest na swój sposób inspirujący, ale najbardziej przebija mi się podróż na grecką wyspę Zakynthos i wypad na narty w Alpy, do miasteczka Alleghe. W Grecji byłam w wakacje, gdy szłam z drugiej, do trzeciej gimnazjum. Przyleciałam tam z rodzicami na dwa tygodnie i na początku umierałam z gorąca. Przyzwyczaiłam się jednak szybko i już następnego dnia cieszyłam się świetnym klimatem i krajobrazami. Poznaliśmy tam mnóstwo świetnych ludzi, z Polski i nie tylko, były super imprezy, zabawy nad basenem, dużo zimnych napojów i rejs w poszukiwaniu żółwi morskich Caretta Caretta. Wyjazd był bardzo inspirujący, ponieważ wiele się na nim dowiedziałam nowego – o greckiej kulturze i historii, o ludziach z innych krajów. Życie w Grecji płynie zupełnie inaczej niż na północy Europy – człowiek uczy się tu spokoju, radości z małych rzeczy. Kiedyś na moim blogu napiszę o tych (chyba najlepszych w moim życiu) wakacjach.

O wspaniałym czasie w Dolomitach - zachwycie narciarstwem, śniegiem, słońcem, językiem włoskim, Arturem Andrusem i jego gitarzystą już pisałam. Kto jest ciekawy, powiązania między tymi elementami, niech zajrzy tutaj. :)




5. Najpiękniejsza odwiedzona plaża

O ile ogólnie wykazuję tendencje bardziej kosmopolityczne, niż patriotyczne, tak jeżeli chodzi o plażę jestem zdecydowaną patriotką! Moim zdaniem najpiękniejsze plaże mamy nad naszym Bałtykiem, a szczególnie w moim ukochanym Świnoujściu! Plaża tam jest bardzo szeroka, piasek jest drobny i ma piękny kolor, są wydmy, pachnący lasek iglasty i zawsze lekko wzburzone morze. Kocham tą plażę i nikt mnie nie przekona, że istnieje wspanialsza. (Gwoli ścisłości, przez plażę tą przebiega granica polsko-niemiecka, także ta piękność należy też do naszych sąsiadów, ale co tam :P). Za granicą prym wiedzie Normandia ze swoimi magicznymi przypływami i odpływami. Też wspaniały piasek, fale, śliczne muszelki i zachody słońca.



6. Ulubione miasto w Europie

Moje najukochańsze miasto w Europie to zdecydowanie Londyn. Byłam w nim trzy razy, za każdym razem spędzając tam około tydzień. Widziałam milion pięknych, niepowtarzalnych miejsc, a i tak chcę więcej i więcej! Znowuż – napiszę o Londynie na blogu, koniecznie! Londyńskie parki to coś wspaniałego – idealnie przystrzyżone trawniki, świeża zieleń, jeziora z piękną roślinnością i kaczkami – bajka! Kolejnym punktem programu są muzea. Dużo z nich jest za darmo, a te które bez dwóch zdań powinniście odwiedzić, to British Museum, Natural History Museum, Science Museum, Tate Modern, Sheakespeare’s Globe i Madame Tussauds. Cudowne są też Ogrody Królewskie – Kew Gardens, dzielnica w której mieszkałam – Greenwich, Chinatown, no i oczywiście ścisłe centrum, wraz ze wszystkimi zabytkami, placami, uliczkami, sklepami.. Mogłabym się jeszcze rozpisywać i zachwycać, ale to nie jest miejsce na to. W każdym razie, gdy miałabym wybrać, czy należę do team London, czy team Paris – team London FOREVER. :D





7. Ulubione miasto na świecie

Niestety nie mam takiego :( A to dlatego, że nigdy jeszcze nie wyjechałam poza Europę. Ostatnio mój umysł usilnie mnie z niej wypycha, także mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni. Z filmów, zdjęć, książek, Nowy Jork wydaje się dla mnie spełnieniem marzeń, ale jak wiadomo, czasami perspektywa się zmienia, gdy coś widzimy na żywo. Ogólnie, gdy mamy do czynienia z metropolią, gdzie widzimy parki, klimatyczne kawiarnie, dużo kin, teatrów i neonów, a ponadto jest tam swoisty melting-pot, możemy wstępnie założyć, że tam mi się spodoba. :D

8. Do którego miejsca chciałabyś wrócić?

Chciałabym, jak nietrudno się domyślić, wrócić do Londynu oraz do Wielkiej Brytanii w ogóle. Chętnie przypomnę sobie też jak było w przecudnej Wenecji. Jest to drugie po stolicy Anglii miasto które zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Niestety byłam tam dość dawno, więc tym bardziej obejdę (albo opłynę) je jeszcze raz.  Kierując się w stronę północną, czyli tam gdzie czuję się najlepiej – objechałabym jeszcze raz Norwegię, zatrzymując się w ślicznym Oslo i w tych wszystkich, małych, skandynawskich miasteczkach. Ucieszę się również na widok Kopenhagi i magicznego Amsterdamu.



9. Twoja następna podróż?

W najbliższym czasie, a dokładnie w długi weekend przy okazji Święta Niepodległości, wybieram się z całą moją wielką rodziną do Zamku Rycerskiego w Sobkowie. Szczerze mówiąc nie wiem, czy można to nazwać podróżą, chociaż właściwie czemu nie. :P Myślę, że kolejny będzie wyjazd na narty (zima/wiosna)– jeżeli wszystko dobrze pójdzie to do Włoch lub do Hiszpanii.

10. 3 rzeczy które są zawsze w twojej walizce

Czy mówimy tu o zwyczajnych, niezbędnikach ubraniowo – kosmetycznych? Jeżeli tak, to: bielizna, kosmetyczka z zawartością i dokumenty. To trochę nudne, więc powiem o rzeczach już nie takich oczywistych dla normalnego człowieka. 

1) Miś o imieniu Milusia. Jest mały, uroczy, dość już sfatygowany i jeździ ze mną gdzieś od połowy podstawówki. Był chyba wszędzie, nigdy go nie zapominam, a gdy tak się stanie, czuję się bardzo niekomfortowo. 

2) Źle czuję się też bez jakiejś książki fabularnej. Po prostu muszę mieć w walizce coś do przeczytania – nawet jeśli miałabym na wyjeździe nie sięgnąć do tego ani raz. Lubię mieć tę świadomość, że w razie czego (czego??) mogę usiąść na kanapie (leżaku? trawie?) i czytać.

3) Notes i coś do pisania. Gdy byłam mała był to blok i mnóstwo kredek i chyba trochę mi to zostało. Czasem najdzie mnie ochota by popisać sobie coś (choćby nowy post na bloga, jakąś listę, wiersz), ewentualnie porysować. No i wtedy notes jest jak znalazł. Piórnik też. :)

PS: Nie liczyłam tu takich oczywistości jak komórka, aparat i ładowarka. Ja ich nie trzymam w walizce tylko w plecaku. Albo w torbie. Ej.

11. Z kim najchętniej podróżujesz?

Z Tomem Odellem w słuchawkach. Gdy śpiewa Another Love, albo Concrete. Oprócz tego to różnie. Zależy gdzie i w jakim celu. Chętnie podróżuję z rodziną i ze znajomymi. Lubię wyjazdy za granicę z rodzicami, rodzinne zjazdy w górach, wypady nad morze z kuzynką i zwiedzanie miast z koleżankami. Istnieją też inne kombinacje i konfiguracje. Ogólnie jestem otwarta na różne opcje. Może kiedyś się odważę i w ogóle wyjadę sama…




Okej. To by było na tyle jeżeli chodzi o mnie. Miło było Was poznać, a Dominice dziękuję za możliwość zaistnienia na jej świetnym blogu! Być może TAGI lepiej wyglądają w filmiku, ale my postanowiłyśmy zaszaleć i zapodać Wam go w formie pisemnej. Ja ze swojej strony zapraszam Was na mojego bloga o nazwie Melancholic Sloth. Możecie na nim zahaczyć o wiele różnorodnych tematów. Przewijają się kultura, podróże, lifestyle, moda, życie w mieście, przemyślenia.. Każdy znajdzie coś dla siebie. Do zobaczenia! :*



Szukaj